wtorek, 18 marca 2014

UWAGA!

A więc cześć i czołem, oto jestem z przeprosinami. Nie, nie zamykam bloga, choć to do mnie bardzo podobne. Wpadłam tylko, aby oznajmić, że odcinek II pojawi się w ten piątek, a nosi on tytuł "Wspomnienia". Co będzie się działo? Cóż, mogę z lekka zaspoilerować, jeśli tego chcecie. A więc
SPOILER:
1. Liam nie jest głównym bohaterem opowiadania. Należy oczywiście do trzech ów postaci, jednak to nie o niego będzie "chodziło". 
2. W rozdziale II prym przejmą, jak sam tytuł mówi, wspominki, ach wspominki, no i jeszcze jedna sprawa, która z pewnością rozbawi nie jednego z was, a będzie sprawą kluczową...
3. Poznamy postaci Catherine oraz Sammy'ego.
4. Britania spotka się z chłopcami w III i dopiero wtedy rozpocznie się ich wspólna historia.
To tyle odnośnie małego zwiastuna... A właśnie! Piszę, gdyż ostatnimi czasy zabrałam się za montaż filmiku do tego opowiadania. Myślę, że się spodoba i mówię z góry, jeśli chcesz, śmiało, nie gryzę, mogę spełnić zamówienie :) A więc zapraszam do oglądania i komentowania. Macie więcej pytań? Z pewnością odpowiem na każde. Dziś chciałam jeszcze zaprosić na III przecudowne blogi, które wręcz uwielbiam, oczywiście czytam każdy, do którego znajdę link w komentarzu i chętnie je "polecę", ale dziś przedstawię tylko rzeczone trzy...

No i na koniec zwiastun... 
Uwaga! Postacie zostały zastąpione aktorami!

https://www.youtube.com/watch?v=aYzBYcotV74

Także dziękuję za uwagę i do napisania!
Btw. Właśnie zabieram się za komentowanie zaległości :)
xx
@YourLittleBoo1


czwartek, 6 marca 2014

"W pogoni za marzeniami" Rozdział I

Idealnie zielone, zakwitłe już liście tańczyły zwinnie na wietrze, który okalał ogrom drzew rozrastających się zapewne przez kilkanaście kolejnych arów. Nieznośne promyki umykały między gałęziami drażniąc oczy, w ten przyjemny sposób, oznajmiając  iż słońce wreszcie objęło panowanie nad niewielką mieściną. Rozproszyło tym samym gęste chmury, które poprzednie sześć, a może nawet siedem godzin wisiały uparcie nad rzeczonym skrawkiem Anglii. Dodatkowo wiosenny, albo prędzej letni, obrazek dopełniały najróżniejsze ptaszyska, ptaki i ptaszki, pływające w powietrzu zmagając się z orzeźwiającym wiaterkiem, dla nich będącym czymś na kształt tornada. Całość prezentowała coś pięknego, pełnie życia odrodzonego już po srogiej zimie. Taka pogoda nie zdarzała się często w okolicach Glasgow, czy nawet oddalonym o kilkaset dobrych kilometrów Londynie. Tamten dzień  musiał być dniem szczególnie zaplanowanym przez Boga, Matkę Naturę. Zwał, jak zwał, ale każdy wiedział doskonale, że lipcowego poranka, mimo wczesnej pory, coś musiało się wydarzyć.
Jednak później wszystko ściemniało, a na miejsce ideału wstąpiła nieprzenikniona ciemność, przewlekana sztucznym światłem, ledwie dyszących, przestarzałych żaróweczek. O uszy znów obijał się warkot wydawany poprzez pracę pociągu, o którym człowiek zdążył już zapomnieć zatapiając się w dźwiękach klasycznego rocka oraz natłoku najbardziej wyszukanych myśli. Niestety, może stety, ekspresowi Glasgow – Londyn ostały jeszcze dwa przystanki, na których sterczeli pasażerowie, wiernie wyczekując, aby kto wie… Zdążyć do pracy, dotrzeć do któregokolwiek z ośrodków wypoczynkowych, żeby tam wraz z rodziną spędzić choćby naparstek wakacji. Albo może tak jak ja najzwyczajniej w świecie uciec.
Nie, nie uciekałam, niczym typowa nastolatka, od wyimaginowanych problemów, które ponoć zwiastowały nadejście końca świata. Nie uciekałam także od patologicznej rodziny, choć moja w pewnym sensie również taką była. Nie uciekałam przed policją, gangiem, grupką gwałcicieli, ani fanatyków – bo hej, zastanówmy się. Kto o zdrowych zmysłach, bądź chociażby w miarę logicznie myślący ująłby sobie za cel schwytanie prawieosiemnastolatki, w sumie, Bogu ducha winnej? Owszem, miałam swoje akta, dzięki którym mogłabym śmiało policzyć na palcach obu rąk drobne występki, jednak nie były one groźne w mierze nasyłania na mnie Załogi „G”, albo CSI.
A więc przed czym tak rozpaczliwie pragnęłam czmychnąć? Otóż. W życiu każdego, młodego człowieka przychodzi moment, gdy patrząc z politowaniem na własne odbicie w lustrze postanawia radykalne zmiany. Moment, gdy młotkiem do rozbijania kotletów detronizuje świnkę skarbonkę przeliczając zawzięcie każdego, złamanego funta, aby ten dorobek całej egzystencji przeznaczyć na szczytne cele: samorozwój, chłonienie wiedzy, podejmowanie właściwych decyzji… Ale co jeśli ja wiedziałam już wszystko, czego wiedzieć potrzebowałam? Miałam marnować fortunkę, aby rozwijać wyćwiczony już w teorii i praktyce talent? Dokładnie, talent.
Jedni pięknie rysują, inni piszą, trzeci śpiewają, tworzą muzykę, tańczą, grają w karty, bo to chyba także dar, ale jest grupka ludzi, która ponad wszystko kocha i potrafi nie być sobą. Potocznie wyzywamy ich od aktorów, rzadziej kłamców, ale moim skromnym zdaniem to sztukmistrzowie, wcielający się w kolejne postaci, odgrywający kolejne role, stający się wręcz jednością z bohaterem, którego muszą zrozumieć. I właśnie w ów sztuce specjalizowałam się od lat zamierzchłych, lat przedszkola. Można by rzec, że wychowałam się w teatrze, na scenicznych deskach, od początku zmieniając maski, niczym zużyte rękawiczki. Nigdy nie było wiadomo w jakiej otoczce tego dnia wystąpi Bree. Czy będzie delikatnym kwiatkiem, czy może wybuchową miną? Lubiłam to, możliwe, że ludzie z mojego otoczenia mniej, jednak nie zamierzałam porzucać Brodwey’owskich fantazji przez widzimisię znajomych. Z czasem wahania nastrojowe ustabilizowały się na tyle, iż rodzina i przyjaciele mogli przewidzieć w jakim humorze wkroczę, bo na szczęście wreszcie szło mnie określić, choć często zaskakiwałam nowościami, zazwyczaj wyssanymi z palca, jednak nikt nie widział w nich źdźbła kłamstwa, no może prócz jednej jedynej osoby, a mowa o Penelope. Kim była? Moją mentorką, wzorem do naśladowania, wygasłą gwiazdą – matką. Pani Hitchcock słynęła z szalonych, kreatywnych pomysłów oraz wiecznej pogody ducha. I chyba tylko to ostatnie nas od siebie różniło. Ja w przeciwieństwie do Peny byłam chodzącym tornadem, z wiecznie niezadowoloną miną, którą przeważnie zrażałam do siebie cały teatrzany personel. Zgadza się, mama była właścicielką niewielkiego, ale za to dość popularnego, budynku teatru w Glasgow. To ona zaraziła mnie miłością do sztuki wszelkiej maści, popychając w rzeczonym kierunku. Obserwowałam jej pracę, ponieważ prócz posiadania aktu własności czuła się także częścią wielkiej rodziny, począwszy od dramatopisarzy, poprzez aktorów, aż do woźnego Parkensa , starego pomruka, czyli kolesia, który jako jedyny w całym zamieszaniu miał łeb na karku. Zawsze pałętałam się między nogami mamy, byłam jej inspiracją w pisaniu scenariuszy, co robiła dla przyjemności i satysfakcji, pomocniczką przy dobieraniu efektów, a nawet kostiumów, które przeważnie kupowała od mniej znanych, a może w ogóle nie znanych, projektantów i krawców. Raz za jedną sukienką zajechałyśmy aż do Holmes Chapel, odwiedzając przy okazji dziadków u których i tak bywałyśmy notorycznie.
A więc w czym problem? Niby tło idealne dla rozwijającej się aktorki, jednak w upływie kolejnych lat, coraz częściej w rodzinnym gronie poruszano temat mojej przyszłości i o dziwo nie było w niej miejsca na marzenia. Tata z zażartością chciał, abym ukończyła politechnikę, choć matematyka nie była w żadnym wypadku moją mocną stroną. Źle, nie lubiłam tego przedmiotu, choć nie powiem, miałam do niego smykałkę. Lecz w momencie, gdy Duncan zaczynał drążenie nudnawej już kwestii, w słowo wchodziła Sharon, hardo broniąca przekonania, że to moje życie i ja samodzielnie będę o nim decydowała. Niestety. Nadszedł moment, w którym starsza siostra opuściła miasto, tym samym poluźniając niewidzialne sznury ściskające jej kontakty z rodzicami. Owszem, dzwoniła, jednak nie miała pola do popisu w kwestii wychowania pozostałych dzieci Duncana i Penelope. Wraz z Anną zostałyśmy skazane na wysłuchiwanie codziennych kazań odnośnie właściwych wyborów i planowania przyszłości tu, teraz. Dziwiłam im się niemiłosiernie, gdyż Anabell skończyła niedawno dopiero osiem lat, więc i tak rozumiała tyle, co kot napłakał.
Mimo wszystko z mamą nadal miałam lepszy kontakt, niż z tatą. Mogłam z nią rozmawiać o sprawach przyziemnych i o przysłowiowym niczym. Traktowałam ją jak przyjaciółkę. To ona jako pierwsza dowiedziała się o prawie pocałunku, to ona sprawdzała nieliczne moje wiersze, to ona sama zakupiła czerwonawą farbę, mówiąc: „Britanio, w tym kartoniku trzymam twój charakter, czyń honory”. Dlatego była mi tak bliska, dlatego zbyt ciężkim ochrzciłam spojrzenie w jej zmęczone, ale roześmiane, błękitne tęczówki oznajmiając, że to mój czas, że chcę wreszcie wylecieć z gniazda. Zostawiłam ich, tak po prostu zostawiłam całą trójkę, pożyczając przy tym kartę kredytową taty oraz kilka maminych sweterków, porzucając wyłącznie list, niedbale rzucony na stół kuchenny, niczym nic nie warty śmieć. Osierociłam też wspomnienia, masę pięknych wspomnień, na rzecz złudnych snów.
Zamrugawszy szybciej wzięłam głęboki oddech. Maska, którą udało mi się założyć tamtego poranka była o dziwo zbyt lekka, a okazała się maską obojętności, okalającą dumnie blade poliki, których kości idealnie zarysowywały się pod delikatną warstwą różu. Dodawały mi uroku, wraz z akcentem lekko skrzywionego, małego nosa. Ludzie dookoła mówili, że byłam słodka, ale zadziorne uśmieszki oraz przewracanie pstrokato zielonymi oczyma ów słodkość ujmowały, zastępując ją nutką goryczy. Niebezpieczny błysk tęczówek natomiast piętrzył otoczkę tajemnicy, skrywającej moje wnętrze. Jakie było? Wspomniałam już przecież, różne. Ci, którym udało się lepiej poznać Britanie Hitchcock jednogłośnie stwierdzali, iż mój charakterek ewidentnie był rudy, przeważnie fałszywy, sukowaty, ale nie w niezdrowym stopniu. W najważniejszych sytuacjach odnajdywałam w sobie szczerość i prostolinijność, a liczyła się przede wszystkim odwaga, napędzająca lekkomyślność. Dawna przyjaciółka nazywała mnie lisem ponieważ byłam równie chytra, sarkastyczna...
Mimo licznych wad posiadałam także kilka zalet, takich jak umiejętność słuchania, potrafiłam zrozumieć innych, co zabawne, siebie samej nie pojmowałam, wszystko obracałam w żart, a rozśmieszenie znajomych nie stanowiło wyzwania.
 Podsumowując – byłam duszą towarzystwa, z wielkimi marzeniami, dla których ruszyłam w świat, no może nie aż tak odległy. Gdybym tylko miała środki rzuciłabym wszystko gnając do Los Angeles, albo Nowego Yorku, który obstawiłam sobie za cel numer jeden. Na moje nieszczęście ograniczony budżet, spowodowany dość częstym wspieraniem majątku rodzinnego, pozwolił tylko na bilet kolejowy do Londynu. W końcu tam też spełniały się sny. Musiałam tylko wynająć mieszkanie za ćwiartkę ćwiartki dorobku taty, znaleźć pracę, którą już miałam w kieszeni, ponieważ ogromny teatr narodowy zapewne potrzebował świeżej aktorki, którą byłam! Nic prostszego, nieprawdaż? Jednak już w tamtym momencie coś zaczęło iść nie tak…
Dźwięki piosenki „Heat Of The Moment” przestały słodko pieścić uszy, do których natychmiastowo wdarł się jakiś cukierkowy popik, rozkręcony na maksa w ogromnych, białych słuchawkach dziewczynki siedzącej tuż obok. Momentalnie wyzbyłam się swoich kabelków i spojrzałam w komórkę, chcąc zidentyfikować powód awarii. Westchnęłam ciężko, wrzucając sprzęt do plecaka podręcznego. Z jakiej racji ten szajs się rozładował, pojęcia nie miałam, zważywszy na to, iż połowę nocy pożerał prąd. W ostateczności, nie chcąc bezsensownie rozmyślać, marszcząc brwi zajrzałam przez ramię blondynki, która na moje oko mogła mieć dwanaście, góra trzynaście lat. Kojarzyłam ów skowyt. Jak mogłabym nie skojarzyć, gdyż co reklama puszczano go w każdej stacji radiowej. Nie miałam nic przeciwko Boysbandom, ja tylko nie „kupowałam” piosenek One Dircion, Direkcyn, nieważne, zapewne wszyscy połapali się o kogo chodziło. Nie był to po prostu mój typ muzyki, więc starałam się ignorować sprawy związane z piątką przystojnych chłopaków. Mimo to, nadal wpatrywałam się pusto w wyświetlacz iPada dziewczynki, wiernie wyświetlającego teledysk do jednego z utworów brytyjsko-irlandzkiego zespołu. Zdążyłam więc zatopić wzrok w hipnotyzujących oczach jednego z nich. Uśmiechały się do mnie radośnie, a z tego, co miałam możliwość dostrzec, wywnioskowałam, iż śpiewanie sprawiało mu tak wiele radości, jak mnie gra aktorska. Bo zdziwcie się lub nie, ale teledysku nie widziałam jeszcze nigdy wcześniej. Jako specyficzna osoba stroniłam od MTV, Vivy, 4fun i wielu, wielu innych.
~*~
Czy można specjalizować się w dwóch fachach na raz? Czy można mieć dwa prawdziwe talenty za razem? Albo inaczej, czy można rzeczony talent wyćwiczyć? Britania twardo trzymała się racji, iż z uzdolnieniem należy się urodzić, jednak osoba, na której zawiesiła wzrok z pewnością miała inne zdanie. Ciemnooki chłopak, ponoć z tak wielką pasją przelewający swoje emocje na wersy piosenki, a robił to umiejętnie, błysk w tęczówkach potrafił wywołać bezpośrednio, wpajając ludziom dookoła, że śpiewanie wystarcza mu do pełni szczęścia. Liam Payne prócz głosu posiadał również zalążek świetnego aktora, który wykorzystywał stając przed kamerami. Cóż, nie ukrywał, że kochał muzykę i nie wyobrażałby sobie życia bez kumpli z zespołu, ale czuł się powoli przemęczony sławą oraz rozwrzeszczanymi fankami, zakochanymi w otoczce przemiłego chłopaka ni skąd. Szkoda tylko, że ów przemęczenie niszczyło powoli jego i jego charakter. Każdy kolejny autograf składany z nieszczerym uśmiechem był dla niego istną katorgą, a tekściki wyuczone już na pamięć oraz niektóre zachowania wychodziły bokiem. Oczywiście miał tę świadomość, że dla fanów prezentował się jako nie tyle wokalista, co wzór do naśladowania. Tamtego poranka powinien skakać ze szczęścia, że trasa wreszcie, sukcesywnie się zakończyła, ale nie miał na świętowanie najmniejszej ochoty. Jedynym czego pragnął okazał się zimny prysznic i duża dawka snu, od których był wręcz milimetry otwierając pokaźnych rozmiarów apartament, na trzecim piętrze. Liam cenił sobie wygody hotelu, w którym zamieszkał, jasne, wracał do domu z uśmiechem na ustach, lecz siedziba w stolicy była czymś oczywistym dla międzynarodowej gwiazdy. Dziwiąc się delikatnie, iż drzwi zastał niezakluczone, wszedł do środka bezszelestnie i nie zdejmując nawet butów udał się do salonu, połączonego z kuchnią, a gdy ujrzał całą bandę okupującą kanapę jęknął żałośnie.
- Czy wy do prawdy nie macie dokąd pójść?! – zmierzył gniewnym spojrzeniem mulata sączącego jakieś tanie piwo, jego długie, chude nogi opadały na szklaną ławę, a podobnie jak pan domu butów nie raczył się pozbyć.
- Daj spokój, Lama, świętujemy – z nieprawdopodobnie sztucznym entuzjazmem uniósł trunek ku górze wywracając teatralnie oczyma.
Zayn Malik należał do osób skrytych, rzadko kiedy ukazujących swoje prawdziwe emocje przed innymi ludźmi. Nawet jeśli rzeczonych ludzi znał od dłuższego czasu, nie lubił zadręczać przyjaciół swoimi problemami, a już tym bardziej stronił od wysłuchiwania ich cennych rad – uwag. Dodatkowo na wszystko reagował porywczo, więc trzymanie nerwów na wodzy nie należało do zadań banalnych. Mieszanka wybuchowa można by rzec, a gdy już wybuchała, nieczęsto, ale jeśli, ktokolwiek znajdujący się w pobliżu momentalnie został określany nieprzyjemnymi epitetami, które z kolei doprowadzały Liama do szewskiej pasji. W skrócie: ta dwójka nie powinna dojść do porozumienia poprzez ogromne zróżnicowanie charakterów, jednak wbrew pozorom Malik i Payne przepadali ze sobą wzajemnie chyba najbardziej, więc nie stawiali swojej przyjaźni granic. Jeden mógł dzwonić do drugiego o trzeciej nad ranem o byle ćmę, polegali na sobie, nie dyskryminując oczywiście reszty zespołu.
- Mamy wolne chłopie, włącz party time! – zawołał wesoło blondasek wychodzący z kuchni ze zgrzewką alkoholu łykanego przez bruneta.
- Jesteś wykończony, relaks dobrze ci zrobi – zauważył Louis również zajmujący swoje miejsce na sofie, jednak jak na typowego „hipstera” przystało musiał postawić na oryginalność, więc jego głowa zwisała w dół, podczas gdy nogi trzymał na oparciu.
- Zdecydowanie popieram, Boo – mruknął chłopak, którego głowę zdobiła burza loczków. Leżał sobie jakby nigdy nic na brzuchu Tomlinsona bawiąc się swoimi palcami – nam wszystkim przydałby się odpoczynek.
Harry był najmłodszy z całej piątki, ale z pewnością był też dojrzalszy choćby od Louisa. Wiedział, jak skończy się ich mała zabawa, więc nie zamierzał ryzykować kolejnego zlotu paparazzi w najmniej oczekiwanym momencie. Wolał to zaplanować, choć jako tako lubił dreszczyk niepewności,  gra w kotka i myszkę z ludźmi, mającymi na niego haka w postaci niekorzystnych, dwuznacznych fotografii nie mogła zakończyć się sukcesem.
Po słowach loczka wszyscy spojrzeli na Liama wyczekująco, jakby miał on wydać wyrok śmierci. Payne natomiast popadł w zamysł. Nie wiedział, czego do końca chciał. Jeszcze przed chwilą marzył o samotnym relaksie, lecz lubił imprezy, potańcówki, dyskoteki, popijawy, jak zwał, tak zwał. Przyjaciele mieli rację w tej jednej kwestii – potrzebował rozrywki.
- Piątek – westchnął ciężko – piątek, „Sassy Girl”, a teraz won – burknął wskazując na drzwi wyjściowe. Pragnął samotności, bo i tak znosił tych błaznów wystarczająco długo.
~*~
Kolosalny, piętrowy budynek, którego ściany żałośnie łaknęły spotkania z farbą, od środka prezentował się jeszcze gorzej. Klatka schodowa nie zachęcała do dalszego zwiedzania. Wybrakowane, poobijane w niektórych miejscach, drewniane stopnie skrzypiały pod moimi krokami od pierwszego piętra, a wbijałam się już na piąte. Na domiar złego unosząca się w gęstym powietrzu woń stęchlizny zmuszała wręcz do opuszczenia kamienicy z przeraźliwym krzykiem.
Ale kim bym była, gdybym na samym początku zwiała? Nie ryzykujesz, nie żyjesz, prosto złapać, ciężej wtłoczyć w porządek dzienny. Tak się składało, że Bree nigdy nie rezygnowała, a tym bardziej bez najmniejszej próby. Nie mogłam i już. W głowie widziałam tę minę Duncana wyrażającą pogardę, minę Penelope pełną załamania, rozczarowania. Naciągnęłam strunę zbyt mocno, a poluźnić mogło ją tylko zwycięstwo, gdybym wróciła – pękłaby. Wtedy pierwszy raz rozważałam klęskę, na całe szczęście obojętność zajęła mą twarz w porę, gdyż pokonując ostatni schodek stanęłam przed pokojem numer szesnaście, czyli tym, do którego zdobyłam klucze. Swoją drogą polubiłam Margot, podstarzałą recepcjonistkę ów nory. Cha! A skoro myślałam, że motel nie należy do najwygodniejszych rozwiązań, moja mina w kolejnych minutach zrzedła jeszcze bardziej.
Zignorowałabym donośne jęki drzwi, gdyby nie to, że przekręcając klamkę ona została w mojej dłoni. Otworzyłam oczy szerzej, ale w ostateczności parsknęłam pod nosem, bo sytuacja była nawet zabawna. Jednak jej powaga i tragizm wymalowały się przede mną wraz z niewielkim pokoikiem przypominającym rozmiarem mój pokój w Glasgow.
Zielone ściany, z których w najmniejszych kątach tapeta została brutalnie zdarta zapewne jeszcze przed wojną, linoleum na podłodze, rzecz jasna również wybrakowane w rogach oraz dwie pary drzwi robionych na takie same, jak te wejściowe. Zamrugałam szybciej biorąc trzy głębokie oddechy, nie spodziewałam się luksusów, przecież łazienkę i kuchnie dzieliłam z resztą piętra, ale nie mogłam patrzeć na opłakany stan pomieszczenia. Łóżko pod okienkiem oraz stoliczki przy nim jako jedyne wyglądały na użyteczne, poza tym ogromne szafsko ustawione naprzeciw dodawało typowo powojennego uroku.

- Narnia, kurwa – zaklęłam pod nosem, za co skarciłam się w duchu i powróciłam do obserwacji. Rzucając walizki ruszyłam w stronę okna, aby uchylić zasłony, bo przez nie panował tam półmrok. Może widokowi teatru udałoby się wywołać uśmiech na moich ustach, ale gdy pozbyłam się materiału z karnisza, tak, zerwałam te zasłony, bo były szpetne, oniemiałam. Aby wykonać czynność musiałam uklęknąć na posłaniu, czując już na kolanach wystające sprężyny. Wtedy łóżko jak na złość – zarwało się, a ja tracąc równowagę upadłam tyłkiem równo w dziurę. Nie dość, że panoramę stolicy zasłaniały kolejne budynki to jeszcze taka niespodzianka! Znów westchnęłam ciężko, po czym wybuchłam gromkim śmiechem. Bo podstawą mojego życia było właśnie wyciąganie tego co najzabawniejsze z każdej sytuacji, a spójrzmy prawdzie w oczy, trafiłam w sam środek komedii, ja i postać, która stanęła w drzwiach pokoju. Spoglądając na nią momentalnie spoważniałam.
~*~
A więc mamy rozdział pierwszy! Powiem Wam, że pisało mi się go bardzo przyjemnie i z pewnością trochę nad nim przysiedziałam. Nie uważam, żeby był jakiś szczególnie udany, bo wyobrażałam sobie go ździebko inaczej, ale wyszło, jak wyszło. 
Ten nie ma jeszcze dedykacji, a może inaczej. Dedykuje go każdemu czytelnikowi, komentującemu, czy nie, ale czytelnikowi. 
Dziękuje za to, że dajecie mi szanse i czytacie moje wypociny, mam nadzieję, że wyrazicie swoje opinie tak licznie jak poprzednio, albo i liczniej. Kończąc chciałabym jeszcze napomnieć coś o głównej bohaterce:
Otóż, Bree jest w wielkiej części mną, ale nie każda cecha się zgadza, wiele nas różni i momentami sama nie potrafię jej zrozumieć ;)
Także ten... Chyba skończyłam, do miłego
Edit: Szablon został zmieniony chyba już ostatecznie, gdyż znalazłam taki, na którym znajduje się dziewczyna "robiąca" za Bree. A w tym wykonanym przeze mnie od gwiazdek można było dostać oczopląsu.
Edit2: Uwaga! Jeśli chciałabyś być informowana o nowościach na tt, to na prawdę nie ma problemu, wystarczy, że napiszesz :))
xx
@YourLittleBoo1

poniedziałek, 3 marca 2014

Prolog

      Rudy to nie kolor włosów, rudy to charakter. Coś, co może być największą chlubą, bądź powodem do wstydu. W moim przypadku odbierano rzeczoną rudość różnie. Jedni plotkowali, że byłam córką diabła, cóż, sądząc po licznych występkach wiele się nie pomylili, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Inni natomiast z uśmiechem na ustach powtarzali, iż czerwonawy odcień kosmyków oddaje zawziętość, siłę woli, niezależność rzecz jasna mnie cechujące. Kolejni domniemali nastoletni bunt, a jeszcze następni. Nie, tamta niewielka grupka stroniła od jakichkolwiek teorii na temat przedziwnej fryzury dziewczyny o przedziwnym imieniu. Ale stop, zaraz takim przedziwnym, tego sama się przyczepiłam, zatruwając wręcz życie kochanej mamusi, pytaniem "dlaczego musisz być kreatywna?!" Do prawdy, wolałabym nazywać się Electra, Lilian, a nawet Adelaide, byle nie Britania. Co to w ogóle za imię?! Niby jakieś tam imię, ale nie dla mnie. Ech, może gdybym została pozbawiona specyficznych humorków, nie kroczyłabym dumnie po osiedlu z mianem Wielkiej Brytanii - Królowej Wszystkich Królowych. Jednak nie byłam jakaś znów szczególnie zapatrzona tylko i wyłącznie we własny tyłek, miałam taki okres, kiedy zaczynałam gimnazjum, lecz po ukończeniu szesnastu lat, to jakoś przeszło. Tak, to przeszło, ale narodziło się coś zupełnie innego, brrr. Może nie każdy powinien wiedzieć, co? No nic, to musi wyjść w praniu, w każdym razie wracając do "młodzieńczego buntu".On okazał się ogromną częścią mojego życia, ta chęć egzystowania samej sobie, chora wręcz ambicja i zaniki logicznego myślenia. To właśnie wpłynęło najbardziej na historię, którą chcę opowiedzieć. Nie będzie ona spójna, może nawet momentami potracić sens, ale dlatego, że to moja historia i tylko ja, ta dziwna ja mogę na nią wpływać.
A zaczęło się pewnego, letniego popołudnia...
~*~
Cześć i czołem! Oto jest wasza Niewierna z nowym - całkiem spontanicznym - blogiem! Wiem, ledwo ciągne jeden, bo drugi zawieszam [wszystko wyjaśnione tam]. Jak wpadłam na ten pomysł? Ktoś kiedyś powiedział mi, że rudy to nie kolor, a charakter... I tak narodziła się Bree... Postać, która jest do bólu przesączona mną, no może nie do końca. Powiedziałabym, że ma moje zachowania, tylko wzmocnione kwadrylion raza... 
Polecam przejrzeć zakładki, bo to w nich piszę wszystko, co powinniście na razie wiedzieć. Może jeszcze zdradzę, że główne role odegrają tutaj wraz z Bree nasi kochani Harry, Zayn oraz Liam... Co jeszcze... Nie pojawią się tu żadne anaturalne zjawiska, pościgi, narkotyki, ani nic z tych rzeczy... Nie będzie to także sielanka... Zostaje wam misiaki czekać na jedynkę, o ile zamierzacie czytać... Proszę o szczere komentarze, bo tylko takie się dla mnie liczą! Także ten, do jedynki! 
xx
@YourLittleBoo1
*edit*
*edit2*
Za radę usunięcia wielokropków dziękuje Maurze Kucharzak.

Meneenene