Idealnie zielone, zakwitłe już liście tańczyły zwinnie na
wietrze, który okalał ogrom drzew rozrastających się zapewne przez kilkanaście
kolejnych arów. Nieznośne promyki umykały między gałęziami drażniąc oczy, w ten
przyjemny sposób, oznajmiając iż słońce wreszcie
objęło panowanie nad niewielką mieściną. Rozproszyło tym samym gęste chmury,
które poprzednie sześć, a może nawet siedem godzin wisiały uparcie nad
rzeczonym skrawkiem Anglii. Dodatkowo wiosenny, albo prędzej letni, obrazek
dopełniały najróżniejsze ptaszyska, ptaki i ptaszki, pływające w powietrzu
zmagając się z orzeźwiającym wiaterkiem, dla nich będącym czymś na kształt
tornada. Całość prezentowała coś pięknego, pełnie życia odrodzonego już po
srogiej zimie. Taka pogoda nie zdarzała się często w okolicach Glasgow, czy
nawet oddalonym o kilkaset dobrych kilometrów Londynie. Tamten dzień musiał być dniem szczególnie zaplanowanym
przez Boga, Matkę Naturę. Zwał, jak zwał, ale każdy wiedział doskonale, że
lipcowego poranka, mimo wczesnej pory, coś musiało się wydarzyć.
Jednak później wszystko
ściemniało, a na miejsce ideału wstąpiła nieprzenikniona ciemność, przewlekana
sztucznym światłem, ledwie dyszących, przestarzałych żaróweczek. O uszy znów
obijał się warkot wydawany poprzez pracę pociągu, o którym człowiek zdążył już
zapomnieć zatapiając się w dźwiękach klasycznego rocka oraz natłoku najbardziej
wyszukanych myśli. Niestety, może stety, ekspresowi Glasgow – Londyn ostały
jeszcze dwa przystanki, na których sterczeli pasażerowie, wiernie wyczekując,
aby kto wie… Zdążyć do pracy, dotrzeć do któregokolwiek z ośrodków
wypoczynkowych, żeby tam wraz z rodziną spędzić choćby naparstek wakacji. Albo
może tak jak ja najzwyczajniej w świecie uciec.
Nie, nie uciekałam, niczym typowa
nastolatka, od wyimaginowanych problemów, które ponoć zwiastowały nadejście
końca świata. Nie uciekałam także od patologicznej rodziny, choć moja w pewnym
sensie również taką była. Nie uciekałam przed policją, gangiem, grupką gwałcicieli,
ani fanatyków – bo hej, zastanówmy się. Kto o zdrowych zmysłach, bądź chociażby
w miarę logicznie myślący ująłby sobie za cel schwytanie prawieosiemnastolatki,
w sumie, Bogu ducha winnej? Owszem, miałam swoje akta, dzięki którym mogłabym
śmiało policzyć na palcach obu rąk drobne występki, jednak nie były one groźne
w mierze nasyłania na mnie Załogi „G”, albo CSI.
A więc przed czym tak
rozpaczliwie pragnęłam czmychnąć? Otóż. W życiu każdego, młodego człowieka
przychodzi moment, gdy patrząc z politowaniem na własne odbicie w lustrze
postanawia radykalne zmiany. Moment, gdy młotkiem do rozbijania kotletów
detronizuje świnkę skarbonkę przeliczając zawzięcie każdego, złamanego funta,
aby ten dorobek całej egzystencji przeznaczyć na szczytne cele: samorozwój,
chłonienie wiedzy, podejmowanie właściwych decyzji… Ale co jeśli ja wiedziałam
już wszystko, czego wiedzieć potrzebowałam? Miałam marnować fortunkę, aby
rozwijać wyćwiczony już w teorii i praktyce talent? Dokładnie, talent.
Jedni pięknie rysują, inni piszą,
trzeci śpiewają, tworzą muzykę, tańczą, grają w karty, bo to chyba także dar,
ale jest grupka ludzi, która ponad wszystko kocha i potrafi nie być sobą.
Potocznie wyzywamy ich od aktorów, rzadziej kłamców, ale moim skromnym zdaniem
to sztukmistrzowie, wcielający się w kolejne postaci, odgrywający kolejne role,
stający się wręcz jednością z bohaterem, którego muszą zrozumieć. I właśnie w
ów sztuce specjalizowałam się od lat zamierzchłych, lat przedszkola. Można by
rzec, że wychowałam się w teatrze, na scenicznych deskach, od początku
zmieniając maski, niczym zużyte rękawiczki. Nigdy nie było wiadomo w jakiej
otoczce tego dnia wystąpi Bree. Czy będzie delikatnym kwiatkiem, czy może wybuchową
miną? Lubiłam to, możliwe, że ludzie z mojego otoczenia mniej, jednak nie
zamierzałam porzucać Brodwey’owskich fantazji przez widzimisię znajomych. Z
czasem wahania nastrojowe ustabilizowały się na tyle, iż rodzina i przyjaciele
mogli przewidzieć w jakim humorze wkroczę, bo na szczęście wreszcie szło mnie
określić, choć często zaskakiwałam nowościami, zazwyczaj wyssanymi z palca,
jednak nikt nie widział w nich źdźbła kłamstwa, no może prócz jednej jedynej
osoby, a mowa o Penelope. Kim była? Moją mentorką, wzorem do naśladowania,
wygasłą gwiazdą – matką. Pani Hitchcock słynęła z szalonych, kreatywnych
pomysłów oraz wiecznej pogody ducha. I chyba tylko to ostatnie nas od siebie
różniło. Ja w przeciwieństwie do Peny byłam chodzącym tornadem, z wiecznie
niezadowoloną miną, którą przeważnie zrażałam do siebie cały teatrzany
personel. Zgadza się, mama była właścicielką niewielkiego, ale za to dość
popularnego, budynku teatru w Glasgow. To ona zaraziła mnie miłością do sztuki
wszelkiej maści, popychając w rzeczonym kierunku. Obserwowałam jej pracę,
ponieważ prócz posiadania aktu własności czuła się także częścią wielkiej
rodziny, począwszy od dramatopisarzy, poprzez aktorów, aż do woźnego Parkensa ,
starego pomruka, czyli kolesia, który jako jedyny w całym zamieszaniu miał łeb
na karku. Zawsze pałętałam się między nogami mamy, byłam jej inspiracją w
pisaniu scenariuszy, co robiła dla przyjemności i satysfakcji, pomocniczką przy
dobieraniu efektów, a nawet kostiumów, które przeważnie kupowała od mniej
znanych, a może w ogóle nie znanych, projektantów i krawców. Raz za jedną
sukienką zajechałyśmy aż do Holmes Chapel, odwiedzając przy okazji dziadków u
których i tak bywałyśmy notorycznie.
A więc w czym problem? Niby tło
idealne dla rozwijającej się aktorki, jednak w upływie kolejnych lat, coraz
częściej w rodzinnym gronie poruszano temat mojej przyszłości i o dziwo nie
było w niej miejsca na marzenia. Tata z zażartością chciał, abym ukończyła
politechnikę, choć matematyka nie była w żadnym wypadku moją mocną stroną. Źle,
nie lubiłam tego przedmiotu, choć nie powiem, miałam do niego smykałkę. Lecz w
momencie, gdy Duncan zaczynał drążenie nudnawej już kwestii, w słowo wchodziła
Sharon, hardo broniąca przekonania, że to moje życie i ja samodzielnie będę o
nim decydowała. Niestety. Nadszedł moment, w którym starsza siostra opuściła
miasto, tym samym poluźniając niewidzialne sznury ściskające jej kontakty z rodzicami.
Owszem, dzwoniła, jednak nie miała pola do popisu w kwestii wychowania
pozostałych dzieci Duncana i Penelope. Wraz z Anną zostałyśmy skazane na
wysłuchiwanie codziennych kazań odnośnie właściwych wyborów i planowania
przyszłości tu, teraz. Dziwiłam im się niemiłosiernie, gdyż Anabell skończyła niedawno
dopiero osiem lat, więc i tak rozumiała tyle, co kot napłakał.
Mimo wszystko z mamą nadal miałam
lepszy kontakt, niż z tatą. Mogłam z nią rozmawiać o sprawach przyziemnych i o przysłowiowym
niczym. Traktowałam ją jak przyjaciółkę. To ona jako pierwsza dowiedziała się o
prawie pocałunku, to ona sprawdzała nieliczne moje wiersze, to ona sama
zakupiła czerwonawą farbę, mówiąc: „Britanio, w tym kartoniku trzymam twój
charakter, czyń honory”. Dlatego była mi tak bliska, dlatego zbyt ciężkim
ochrzciłam spojrzenie w jej zmęczone, ale roześmiane, błękitne tęczówki
oznajmiając, że to mój czas, że chcę wreszcie wylecieć z gniazda. Zostawiłam
ich, tak po prostu zostawiłam całą trójkę, pożyczając przy tym kartę kredytową
taty oraz kilka maminych sweterków, porzucając wyłącznie list, niedbale rzucony
na stół kuchenny, niczym nic nie warty śmieć. Osierociłam też wspomnienia, masę
pięknych wspomnień, na rzecz złudnych snów.
Zamrugawszy szybciej wzięłam
głęboki oddech. Maska, którą udało mi się założyć tamtego poranka była o dziwo
zbyt lekka, a okazała się maską obojętności, okalającą dumnie blade poliki,
których kości idealnie zarysowywały się pod delikatną warstwą różu. Dodawały mi
uroku, wraz z akcentem lekko skrzywionego, małego nosa. Ludzie dookoła mówili,
że byłam słodka, ale zadziorne uśmieszki oraz przewracanie pstrokato zielonymi
oczyma ów słodkość ujmowały, zastępując ją nutką goryczy. Niebezpieczny błysk tęczówek
natomiast piętrzył otoczkę tajemnicy, skrywającej moje wnętrze. Jakie było? Wspomniałam
już przecież, różne. Ci, którym udało się lepiej poznać Britanie Hitchcock
jednogłośnie stwierdzali, iż mój charakterek ewidentnie był rudy, przeważnie
fałszywy, sukowaty, ale nie w niezdrowym stopniu. W najważniejszych sytuacjach
odnajdywałam w sobie szczerość i prostolinijność, a liczyła się przede
wszystkim odwaga, napędzająca lekkomyślność. Dawna przyjaciółka nazywała mnie
lisem ponieważ byłam równie chytra, sarkastyczna...
Mimo licznych wad posiadałam
także kilka zalet, takich jak umiejętność słuchania, potrafiłam zrozumieć innych,
co zabawne, siebie samej nie pojmowałam, wszystko obracałam w żart, a
rozśmieszenie znajomych nie stanowiło wyzwania.
Podsumowując – byłam duszą towarzystwa, z
wielkimi marzeniami, dla których ruszyłam w świat, no może nie aż tak odległy.
Gdybym tylko miała środki rzuciłabym wszystko gnając do Los Angeles, albo
Nowego Yorku, który obstawiłam sobie za cel numer jeden. Na moje nieszczęście
ograniczony budżet, spowodowany dość częstym wspieraniem majątku rodzinnego,
pozwolił tylko na bilet kolejowy do Londynu. W końcu tam też spełniały się sny.
Musiałam tylko wynająć mieszkanie za ćwiartkę ćwiartki dorobku taty, znaleźć
pracę, którą już miałam w kieszeni, ponieważ ogromny teatr narodowy zapewne
potrzebował świeżej aktorki, którą byłam! Nic prostszego, nieprawdaż? Jednak
już w tamtym momencie coś zaczęło iść nie tak…
Dźwięki piosenki „Heat Of The
Moment” przestały słodko pieścić uszy, do których natychmiastowo wdarł się
jakiś cukierkowy popik, rozkręcony na maksa w ogromnych, białych słuchawkach
dziewczynki siedzącej tuż obok. Momentalnie wyzbyłam się swoich kabelków i
spojrzałam w komórkę, chcąc zidentyfikować powód awarii. Westchnęłam ciężko,
wrzucając sprzęt do plecaka podręcznego. Z jakiej racji ten szajs się
rozładował, pojęcia nie miałam, zważywszy na to, iż połowę nocy pożerał prąd. W
ostateczności, nie chcąc bezsensownie rozmyślać, marszcząc brwi zajrzałam przez
ramię blondynki, która na moje oko mogła mieć dwanaście, góra trzynaście lat.
Kojarzyłam ów skowyt. Jak mogłabym nie skojarzyć, gdyż co reklama puszczano go
w każdej stacji radiowej. Nie miałam nic przeciwko Boysbandom, ja tylko nie
„kupowałam” piosenek One Dircion, Direkcyn, nieważne, zapewne wszyscy połapali
się o kogo chodziło. Nie był to po prostu mój typ muzyki, więc starałam się
ignorować sprawy związane z piątką przystojnych chłopaków. Mimo to, nadal
wpatrywałam się pusto w wyświetlacz iPada dziewczynki, wiernie wyświetlającego
teledysk do jednego z utworów brytyjsko-irlandzkiego zespołu. Zdążyłam więc
zatopić wzrok w hipnotyzujących oczach jednego z nich. Uśmiechały się do mnie
radośnie, a z tego, co miałam możliwość dostrzec, wywnioskowałam, iż śpiewanie
sprawiało mu tak wiele radości, jak mnie gra aktorska. Bo zdziwcie się lub nie,
ale teledysku nie widziałam jeszcze nigdy wcześniej. Jako specyficzna osoba
stroniłam od MTV, Vivy, 4fun i wielu, wielu innych.
~*~
Czy można specjalizować się w
dwóch fachach na raz? Czy można mieć dwa prawdziwe talenty za razem? Albo
inaczej, czy można rzeczony talent wyćwiczyć? Britania twardo trzymała się
racji, iż z uzdolnieniem należy się urodzić, jednak osoba, na której zawiesiła
wzrok z pewnością miała inne zdanie. Ciemnooki chłopak, ponoć z tak wielką
pasją przelewający swoje emocje na wersy piosenki, a robił to umiejętnie, błysk
w tęczówkach potrafił wywołać bezpośrednio, wpajając ludziom dookoła, że
śpiewanie wystarcza mu do pełni szczęścia. Liam Payne prócz głosu posiadał
również zalążek świetnego aktora, który wykorzystywał stając przed kamerami.
Cóż, nie ukrywał, że kochał muzykę i nie wyobrażałby sobie życia bez kumpli z
zespołu, ale czuł się powoli przemęczony sławą oraz rozwrzeszczanymi fankami,
zakochanymi w otoczce przemiłego chłopaka ni skąd. Szkoda tylko, że ów
przemęczenie niszczyło powoli jego i jego charakter. Każdy kolejny autograf
składany z nieszczerym uśmiechem był dla niego istną katorgą, a tekściki
wyuczone już na pamięć oraz niektóre zachowania wychodziły bokiem. Oczywiście
miał tę świadomość, że dla fanów prezentował się jako nie tyle wokalista, co
wzór do naśladowania. Tamtego poranka powinien skakać ze szczęścia, że trasa
wreszcie, sukcesywnie się zakończyła, ale nie miał na świętowanie najmniejszej
ochoty. Jedynym czego pragnął okazał się zimny prysznic i duża dawka snu, od
których był wręcz milimetry otwierając pokaźnych rozmiarów apartament, na
trzecim piętrze. Liam cenił sobie wygody hotelu, w którym zamieszkał, jasne,
wracał do domu z uśmiechem na ustach, lecz siedziba w stolicy była czymś
oczywistym dla międzynarodowej gwiazdy. Dziwiąc się delikatnie, iż drzwi zastał
niezakluczone, wszedł do środka bezszelestnie i nie zdejmując nawet butów udał
się do salonu, połączonego z kuchnią, a gdy ujrzał całą bandę okupującą kanapę
jęknął żałośnie.
- Czy wy do prawdy nie macie
dokąd pójść?! – zmierzył gniewnym spojrzeniem mulata sączącego jakieś tanie piwo,
jego długie, chude nogi opadały na szklaną ławę, a podobnie jak pan domu butów
nie raczył się pozbyć.
- Daj spokój, Lama, świętujemy –
z nieprawdopodobnie sztucznym entuzjazmem uniósł trunek ku górze wywracając
teatralnie oczyma.
Zayn Malik należał do osób
skrytych, rzadko kiedy ukazujących swoje prawdziwe emocje przed innymi ludźmi. Nawet
jeśli rzeczonych ludzi znał od dłuższego czasu, nie lubił zadręczać przyjaciół
swoimi problemami, a już tym bardziej stronił od wysłuchiwania ich cennych rad
– uwag. Dodatkowo na wszystko reagował porywczo, więc trzymanie nerwów na wodzy
nie należało do zadań banalnych. Mieszanka wybuchowa można by rzec, a gdy już
wybuchała, nieczęsto, ale jeśli, ktokolwiek znajdujący się w pobliżu momentalnie
został określany nieprzyjemnymi epitetami, które z kolei doprowadzały Liama do
szewskiej pasji. W skrócie: ta dwójka nie powinna dojść do porozumienia poprzez
ogromne zróżnicowanie charakterów, jednak wbrew pozorom Malik i Payne
przepadali ze sobą wzajemnie chyba najbardziej, więc nie stawiali swojej
przyjaźni granic. Jeden mógł dzwonić do drugiego o trzeciej nad ranem o byle
ćmę, polegali na sobie, nie dyskryminując oczywiście reszty zespołu.
- Mamy wolne chłopie, włącz party
time! – zawołał wesoło blondasek wychodzący z kuchni ze zgrzewką alkoholu łykanego
przez bruneta.
- Jesteś wykończony, relaks
dobrze ci zrobi – zauważył Louis również zajmujący swoje miejsce na sofie,
jednak jak na typowego „hipstera” przystało musiał postawić na oryginalność,
więc jego głowa zwisała w dół, podczas gdy nogi trzymał na oparciu.
- Zdecydowanie popieram, Boo –
mruknął chłopak, którego głowę zdobiła burza loczków. Leżał sobie jakby nigdy
nic na brzuchu Tomlinsona bawiąc się swoimi palcami – nam wszystkim przydałby
się odpoczynek.
Harry był najmłodszy z całej
piątki, ale z pewnością był też dojrzalszy choćby od Louisa. Wiedział, jak skończy
się ich mała zabawa, więc nie zamierzał ryzykować kolejnego zlotu paparazzi w
najmniej oczekiwanym momencie. Wolał to zaplanować, choć jako tako lubił
dreszczyk niepewności, gra w kotka i
myszkę z ludźmi, mającymi na niego haka w postaci niekorzystnych, dwuznacznych
fotografii nie mogła zakończyć się sukcesem.
Po słowach loczka wszyscy
spojrzeli na Liama wyczekująco, jakby miał on wydać wyrok śmierci. Payne
natomiast popadł w zamysł. Nie wiedział, czego do końca chciał. Jeszcze przed
chwilą marzył o samotnym relaksie, lecz lubił imprezy, potańcówki, dyskoteki,
popijawy, jak zwał, tak zwał. Przyjaciele mieli rację w tej jednej kwestii –
potrzebował rozrywki.
- Piątek – westchnął ciężko –
piątek, „Sassy Girl”, a teraz won – burknął wskazując na drzwi wyjściowe.
Pragnął samotności, bo i tak znosił tych błaznów wystarczająco długo.
~*~
Kolosalny, piętrowy budynek,
którego ściany żałośnie łaknęły spotkania z farbą, od środka prezentował się
jeszcze gorzej. Klatka schodowa nie zachęcała do dalszego zwiedzania.
Wybrakowane, poobijane w niektórych miejscach, drewniane stopnie skrzypiały pod
moimi krokami od pierwszego piętra, a wbijałam się już na piąte. Na domiar
złego unosząca się w gęstym powietrzu woń stęchlizny zmuszała wręcz do
opuszczenia kamienicy z przeraźliwym krzykiem.
Ale kim bym była, gdybym na samym
początku zwiała? Nie ryzykujesz, nie żyjesz, prosto złapać, ciężej wtłoczyć w
porządek dzienny. Tak się składało, że Bree nigdy nie rezygnowała, a tym
bardziej bez najmniejszej próby. Nie mogłam i już. W głowie widziałam tę minę
Duncana wyrażającą pogardę, minę Penelope pełną załamania, rozczarowania.
Naciągnęłam strunę zbyt mocno, a poluźnić mogło ją tylko zwycięstwo, gdybym
wróciła – pękłaby. Wtedy pierwszy raz rozważałam klęskę, na całe szczęście
obojętność zajęła mą twarz w porę, gdyż pokonując ostatni schodek stanęłam
przed pokojem numer szesnaście, czyli tym, do którego zdobyłam klucze. Swoją
drogą polubiłam Margot, podstarzałą recepcjonistkę ów nory. Cha! A skoro
myślałam, że motel nie należy do najwygodniejszych rozwiązań, moja mina w
kolejnych minutach zrzedła jeszcze bardziej.
Zignorowałabym donośne jęki drzwi,
gdyby nie to, że przekręcając klamkę ona została w mojej dłoni. Otworzyłam oczy
szerzej, ale w ostateczności parsknęłam pod nosem, bo sytuacja była nawet
zabawna. Jednak jej powaga i tragizm wymalowały się przede mną wraz z niewielkim
pokoikiem przypominającym rozmiarem mój pokój w Glasgow.
Zielone ściany, z których w
najmniejszych kątach tapeta została brutalnie zdarta zapewne jeszcze przed
wojną, linoleum na podłodze, rzecz jasna również wybrakowane w rogach oraz dwie
pary drzwi robionych na takie same, jak te wejściowe. Zamrugałam szybciej
biorąc trzy głębokie oddechy, nie spodziewałam się luksusów, przecież łazienkę
i kuchnie dzieliłam z resztą piętra, ale nie mogłam patrzeć na opłakany stan
pomieszczenia. Łóżko pod okienkiem oraz stoliczki przy nim jako jedyne
wyglądały na użyteczne, poza tym ogromne szafsko ustawione naprzeciw dodawało
typowo powojennego uroku.
- Narnia, kurwa – zaklęłam pod
nosem, za co skarciłam się w duchu i powróciłam do obserwacji. Rzucając walizki
ruszyłam w stronę okna, aby uchylić zasłony, bo przez nie panował tam półmrok.
Może widokowi teatru udałoby się wywołać uśmiech na moich ustach, ale gdy
pozbyłam się materiału z karnisza, tak, zerwałam te zasłony, bo były szpetne,
oniemiałam. Aby wykonać czynność musiałam uklęknąć na posłaniu, czując już na kolanach
wystające sprężyny. Wtedy łóżko jak na złość – zarwało się, a ja tracąc
równowagę upadłam tyłkiem równo w dziurę. Nie dość, że panoramę stolicy
zasłaniały kolejne budynki to jeszcze taka niespodzianka! Znów westchnęłam
ciężko, po czym wybuchłam gromkim śmiechem. Bo podstawą mojego życia było
właśnie wyciąganie tego co najzabawniejsze z każdej sytuacji, a spójrzmy
prawdzie w oczy, trafiłam w sam środek komedii, ja i postać, która stanęła w
drzwiach pokoju. Spoglądając na nią momentalnie spoważniałam.
~*~
A więc mamy rozdział pierwszy! Powiem Wam, że pisało mi się go bardzo przyjemnie i z pewnością trochę nad nim przysiedziałam. Nie uważam, żeby był jakiś szczególnie udany, bo wyobrażałam sobie go ździebko inaczej, ale wyszło, jak wyszło.
Ten nie ma jeszcze dedykacji, a może inaczej. Dedykuje go każdemu czytelnikowi, komentującemu, czy nie, ale czytelnikowi.
Dziękuje za to, że dajecie mi szanse i czytacie moje wypociny, mam nadzieję, że wyrazicie swoje opinie tak licznie jak poprzednio, albo i liczniej. Kończąc chciałabym jeszcze napomnieć coś o głównej bohaterce:
Otóż, Bree jest w wielkiej części mną, ale nie każda cecha się zgadza, wiele nas różni i momentami sama nie potrafię jej zrozumieć ;)
Także ten... Chyba skończyłam, do miłego
Edit: Szablon został zmieniony chyba już ostatecznie, gdyż znalazłam taki, na którym znajduje się dziewczyna "robiąca" za Bree. A w tym wykonanym przeze mnie od gwiazdek można było dostać oczopląsu.
Edit2: Uwaga! Jeśli chciałabyś być informowana o nowościach na tt, to na prawdę nie ma problemu, wystarczy, że napiszesz :))
xx
@YourLittleBoo1