Posłuchajcie moi kochani. Wiem, że miałam tego nie robić, ale nie potrafię pisać dalej tej historii. Może kiedyś, jednak teraz przerzuciłam się na coś bardziej anaturalnego. Mam nadzieję, że i tam mnie nie opuścicie. Jestem w pełni świadoma, iż większość z Was mogła nawet serialu nie oglądać, ale uwierzcie, moja pisanina od tego odbiega, a świat przedstawię jeszcze raz, skrótowo. Także ten, zapraszam na bloga o Teen Wolf, który będzie pierwszym od pół roku, którego dokończę. Proszę więc bardzo...
[nie opuśćcie mnie, błagam, błagam ;-;]
Życie w Beacon Hills wreszcie nabiera normalnego tempa, po długim, męczącym roku szkolnym nadchodzi pora na chwile wytchnienia podczas wakacji. Ale czy na pewno?
Bezpieczeństwo mieszkańców miasteczka po raz kolejny staje pod znakiem zapytania, znajdując się w rękach Scotta, Stilesa, Alison oraz Lydii. Jak poradzą sobie z następnym, anaturalnym przewinieniem?
A wszystko zaczęło się od śmierci pani Mulligan, przyjaciółki Melisy z lat studiów. Czy pojawienie się Laury - jej córki - w Beacon Hills coś zmieni? Jak ludzie zareagują na kolejne, trudne dziecko w domu McCallów i czy Laura wywoła tylko - wyłącznie dodatkowe szepty wśród starszych pań?
To historia o szczenięcej miłości, poświęceniu, prawdziwej przyjaźni, sile więzów rodzinnych.
Ma na celu zainteresowanie, ewentualne wzruszenie czytelnika. Należy jednak pamiętać, iż nic nie tworzy się bez przyczyny i najkrótsza bajeczka niesie swoje przesłanie.
"Wiecie, co jest naprawdę kiczowate? Szczęśliwe zakończenia. Poważnie. Takie, jak wtedy kiedy oglądam film, i jakaś odważna, zdeterminowana dziewczyna w końcu uwodzi głównego bohatera. I tak od dwóch godzin wiedziałam, że go zdobędzie. Po prostu mam ochotę wydrapać jej oczy. Prawdziwe życie jest potwornie zakręcone i skomplikowane. Nie ma żadnego zakończenia."
Chyba każdy z nas miał kiedyś
osobę, której mógł zwierzyć się ze wszystkiego, dzielił z nią wszelkie sekrety,
bawił w najróżniejsze zabawy… Co poranek budził się z uśmiechem na ustach,
pochłaniał śniadanie i żegnając rodzinę wyparowywał z domu na czas
nieokreślony, zatracając się w beztrosce z ów postacią, a później, wracał po
zmroku, aby opowiedzieć z wypiekami na twarzy przygody całego dnia, jednak i
tak, przynajmniej połowę zostawiał dla siebie. To piękne, idealny obrazek książkowego
dzieciaka znikąd, cieszącego się rzeczywistością, wypatrzoną przez różowe
okulary.
Lecz nie łudźmy się. Los jest złośliwy i
zwykł rzucać kłody pod nogi wszystkich,
rozweselonych ludzi, aby przypadkiem nie egzystowali w nieświadomości licznych
problemów. Do czego zmierzam? Skoro każdy miał przyjaciela, każdy przyjaciela
musiał stracić, a powody tego mogły być najróżniejsze, często najbardziej
absurdalne. Przeważnie to czas płatał figle, umykając jednej z bliskich osób,
nie pozwalając tym samym na praktycznie bezustanne spotkania, jeszcze gdzie
indziej zainteresowania wchodziły w grę, popychając nie tam gdzie trzeba to
jednego, to drugiego, zdarzały się również plotki, ploteczki, rozpuszczane
przez zazdrosne tło, bądź w ostateczności siły wyższe, w domyśle rodzice, osoby
starsze odciągające od siebie rzeczonych przyjaciół, zmieniając miejsce
zamieszkania, zabraniając kontaktów. I co niewinne dziecko miało począć w
takiej sytuacji? Gdyby było choć trochę starsze, znalazłoby jakiekolwiek
rozwiązanie, ale nie, nie było.
Dokładnie, miałyśmy tylko
dziesięć lat, a w tamtym momencie ona najzwyczajniej stała w drzwiach mojego
pokoju, lustrując badawczym spojrzeniem sylwetkę. Także omotałam blondynkę
wzrokiem i doszłam do wniosku, że te rysy poznałabym wszędzie. Zadarty nosek,
łagodny wyraz twarzy i ciemne, niczym węgielki oczy skryte za wachlarzem gęstych
rzęs. Zmieniła się, wyładniała, zeszczuplała, ale nadal widziałam w niej moją i
tylko moją przyjaciółkę, która opuściła Glasgow wraz z ojcem, pod pretekstem
nowej pracy zdobytej przez mężczyznę.
- Catherine – odezwałam się po
krótkiej chwili milczenia – Catherine Ventura – powtórzyłam podnosząc się z
łóżka. Dziewczyna zamrugała szybkiej, najwyraźniej nie skojarzyła mojej osoby,
a szkoda.
- Przepraszam, ty jesteś? –
chrypnęła, gdyż jej głos charakteryzował się
delikatną chrypką.
- Bree – odparłam, ukazując
rządek białych zębów w uśmiechu – Britania Hitchcock.
Nastolatka zmarszczyła brwi, po
czym otworzyła oczy szerzej ze zdziwienia, jej usta także zatańczyły malowniczo
w górze, podczas gdy rozum szukał najsensowniejszej wypowiedzi. Koniec końców
nie widziałyśmy się ogrom czasu.
- Nie wierzę – wydukała wreszcie
– Boże, Bree, ja cię nie pozn… - roześmiała się dźwięcznie – chodź tu do mnie
kochana… Ale, że jak?! Boże – ja także parsknęłam pod nosem i wtuliłam się w
dawną przyjaciółkę. To prawda, również nie wiedziałam co powiedzieć, ponieważ
sytuacja była cholernie skomplikowana. Owszem, miałyśmy wspólny język,
trzymałyśmy sztamę, ale w podstawówce. Minęło prawie osiem lat. Wiele spraw
musiałam sobie poukładać, jednak w głębi duszy naprawdę cieszyłam się, że nie
będę całkiem sama w wielkim Londynie.
- Ja też nie, co ty tu robisz?! –
zapytałam odsuwając się od niej na kilka centymetrów – przecież…
- Jejku, mamy tyle do
nadrobienia… Ale najpierw, uch – gubiła się we własnych słowach – Sammy! –
krzyknęła, na co zmarszczyłam czoło.
- Musisz koniecznie kogoś poznać
– dodała. To było zbyt dziwne, ale Cat od zawsze właśnie tak się zachowywała,
gdy czuła dyskomfort. Emocje zrzucała na pierwszy plan, dawała ponieść się
chwilom, przecież była artystką, mogłam jej to wybaczyć, ponieważ ona znosiła
moje humorki. I właśnie w tamtym momencie zrozumiałam, że mimo długiego czasu
rozłąki, mogłam na nią liczyć, wciąż była moją „siostrą”, małym kotem, z którym
dzieliłam tysiące pięknych wspomnień. Przez dosłownie kilka sekund udało mi się
wyrzucić z głowy wszelkie zmartwienia, przede wszystkim stan pomieszczenia,
rodzinę, bezsilność, zastąpiłam je Catherine oraz Samuelem, ciemnowłosym,
niskim chłopakiem, uśmiechającym się do nas radośnie następnymi czasy.
***
Ludzie są różni i różnie się
dzielą. Na tych ładnych, mniej urodziwych, mądrych, niekoniecznie błyszczących
inteligencją, porządnych, roztrzepanych, odpowiedzialnych, złych, dobrych…
Każdy ma swoją drogę, swój cel w życiu do którego dąży, a gdy już go osiąga
spoczywa na laurach, oddychając z ulgą. Gorzej gdy ów celu nie da się dopiąć,
gdy jakiś złośliwy element, ni w cholerę, nie pasuje, a całkowitą porażkę można
okrzyknąć w chwili, kiedy okazuję się, że nieodpowiednim kawałkiem układanki
jest osoba, którą kocha się nad życie.
Radosne promyki słońca wpadały do
niewielkiego pomieszczenia na parterze domku jednorodzinnego, stojącego na
osiedlu w Glasgow teoretycznie od zawsze. Nie różnił się on niczym szczególnym
od innych mieszkań tego skrawka miasta, podobnie jak reszta był jednopiętrow0y,
obsmarowany białą farbą. Od chodnika oddzielał go tylko ogródek, w którym swoją
drogą przeważnie panował tak zwany „artystyczny nieład”. Na szczycie budynku,
dumnie prezentowała się czerwona dachówka, taka sama, jak dachówka sąsiadów,
sąsiadów sąsiadów, czy sąsiadów sąsiadów sąsiadów.
Lecz coś czyniło ten dom niezwykłym i nie mowa
tu o nowocześnie wyposażonej kuchni, bądź zupełnie przeciwnie odnowionym salonie,
który jedna z córek właścicielki zwykła nazywać skansenem. To właśnie rodzina,
tak szczególna, jak żadna w okolicy, a mieszkali tam nawet potencjalni łowcy
duchów o idealnie pasującym nazwisku Winchester. Na pozór kochające się
małżeństwo, z trójką córek nie wzbudzało żadnych podejrzeń. A jednak. Penelope trzymała garstkę
trupów w szafie… To za ich sprawą Sharon wyjechała, pod pretekstem miłości, do
stolicy, aby tam zostać wykładowcą na Akademii Sztuk Pięknych, to za ich sprawą
Anabell stroniła od dzieciaków w swoim wieku, to za ich sprawą Britania podążyła
szlakiem marzeń. Kobieta musiała żyć więc z faktem, iż ulepiła je na swój
własny wzór, wpoiła w geny niezależność, determinację, chęć walki do upadłego.
- Duncan! – zawołała opadając na
krzesło. W jednej dłoni trzymała świstek papieru, a drugą podpierała czoło –
Duncan, ko jasnej cholery, chodź tu! – powtórzyła krzyk, a głos zaczął już
drgać. Jednak zaszklone oczy okazały się niczym w porównaniu do ogromu emocji,
splecionych w sercu pani Hitchcock, nijak odzwierciedlały te wielkie
zaskoczenie, przerażenie, zawód.
- Pali się, czy co? – wysoki,
postawny mężczyzna, z czupryną półsiwych włosów stanął przed nią, owijając się
szczelniej ręcznikiem. Ton żony tak go zdezorientował, że z czystej ciekawości
wyszedł spod prysznica, aby zbadać sytuację. Owszem, z natury była histeryczką,
jednak dawno nie słyszał w jej głosie tylu sprzecznych emocji. Zgadza się,
Duncan zajmował się psychologią, pedagogiką i po prostu widział, kiedy grała.
- Czytaj – podała w rękę bruneta
kartkę, a ten unosząc jedną brew postanowił zbadać tekst wzrokiem, bez zbędnych
protestów. Wolał uniknąć kłótni z Peny w takim stanie – na głos – warknęła po
chwili przeczesując palcami tłuste włosy.
- Drodzy rodzice – zaczął
niewyraźnie – wiem jak ciężko wam pogodzić się z myślą, że ktoś, komu
podarowaliście życie opuszcza dom, widziałam ból w waszych oczach, gdy to
Sharon odchodziła. Obiecałam sobie, iż
ja zostanę u waszych boków, lecz zawsze jest zbyt mocnym określeniem.
Dziś muszę złamać przysięgę i rozwinąć skrzydła. Nie szukajcie mnie, jestem w
Londynie, spełniam marzenia, mam nadzieję, że zrozumiecie i nigdy o mnie nie
zapomnicie. Może zadzwonię, ale nic nie jest pewne. Zaręczam, iż wrócę ze
żniwem swej ciężkiej pracy, teraz robię coś co kocham, a wy nie możecie mi tego
zabronić. Już nie wasza, Britania – mężczyzna pod wpływem emocji także usiadł
drąc papier na kawałki.
- To się nie wydarzyło –
powiedział spokojnie, a żona spojrzała na niego, jakby postradał zmysły.
- Dun, ale o czym ty mówisz? –
Penelope pociągnęła nosem mierząc rozmówcę pytającym spojrzeniem.
- Britania uciekła, nie odeszła,
a my musimy ją znaleźć – odetchnął ciężko.
- Ale jak?! – kobieta poczuła
ukłucie smutku, które napędziło frustrację. Już kolejne dziecko wyfrunęło z jej
gniazda przedwcześnie.
- Podaj telefon – wskazał na
komórkę, która leżała kilka centymetrów od jej ręki.
- Ale po co?
- Peny, doprawdy jesteś aż tak
głupia?! – wrzasnął po czym sam zabrał urządzenie wykręcając odpowiedni numer.
- Wyłączyła telefon, idioto! – aż
wstała zerkając na niego z góry. Była zła, nie, była wściekła.
- Ciiii – ułożył palec na ustach,
po czym jak oparzony zaczął mówić, gdy ktoś podniósł słuchawkę – Sharon, z tej
strony tata.
***
Czas płynie nieubłagalnie szybko
i każdy dobrze o tym wie, ciężko go dogonić, a jeszcze ciężej odzyskać. Jednak
mnie się udało. Nawet jeśli nie w pełni, zdobyłam szansę, mogłam nadrobić
każdą, straconą chwilę. Postanowiłam więc odnowić całkowicie relacje z
przyjaciółką. Koniec końców wszystko powoli się zmieniało, podobnie nasze
zainteresowania, plany. Dodatkowo udało mi się poznać kolejną, nadzwyczaj
ciekawą osobę. O tak, uwielbiałam zawierać nowe znajomości, uwielbiałam bratać
się z ludźmi, uważałam, iż każdy miał w sobie coś szczególnego, co wyciągało go
z egzystencji „szarego pożeracza chleba”.
Sammy ewidentnie do takowych nie należał.
Zwiedzając przy okazji główne ulice dzielnicy, w której zamieszkałam, poznałam
historię jego życia, dzieciństwo, niełatwe, zagmatwane, dowiedziałam się, że
uciekł z domu dziecka. Po prostu ukrywał się w czeluściach opuszczonego
pokoiku. Dopiero gdy osiągnął pełnoletność, zabrał się za pracę w warsztacie
samochodowym, tam poznając Catherine, która z początku jedynie dla oleju do
swojego Camaro z odzysku odwiedzała „Śrubkę”.
Jako jedyna z naszej trójki miała prawko, Benson jeździł przecież
nielegalnie, a ja nawet nie domagałam się auta. Wystarczył mi motor, na który i
tak wsiadłam z cztery, może pięć razy w życiu, sama, a prześcigała mnie nawet
Anna na rowerku z bocznymi kółkami. Może to dziwne, ale nie próbowałam jechać z
kimś, bałam się, że kształtny tyłek, z którego na dobrą sprawę byłam dumna,
może troszeczkę przeszkadzać. Koniec końców Sam uświadomił mnie w fakcie, iż
zaplecze jeszcze nigdy nie grało głównej roli w kwestii motoryzacji, a moje
jest wręcz proporcjonalne, na co Cat postanowiła udowodnić, że zjadła wszystkie
rozumy. Och, to nie była kłótnia, to była tylko zażarta konwersacja, z której
żadne z nich wyjść cało nie powinno, a mnie jakoś dziwnie ów sytuacja
bawiła.
- Przestań, wiem, że toniesz w
moich oczach – mrugnął do niej, na co blondynka prychnęła pod nosem. To prawda,
miał piękne, niebieskie oczy, skrywające cały jego ból. Maskował się
niedokładnie, gdyż one wyrażały więcej niż tysiąc słów, gierek. Nie zasłonił
ich, niczym luster, które okazały się przysłowiowym zwierciadłem duszy.
- Wiem, że robisz to samo –
odparła z uśmiechem – cóż poradzić, twe słowa giną w ogniu mojego ideału –
dodała poprawiając włosy. Jakiś mężczyzna spojrzał na nią z góry, a Sammy
roześmiał się w odpowiedzi, co mnie również zmusiło do niewielkiego napadu
radości. W rodzinnym mieście nie przejęłabym się opinią publiczną, przecież jakąś
miałam już wyrobioną, ale tam, w nowym miejscu, w stolicy musiałam pokazywać
się od jak najlepszej strony, aby „nie zginąć”.
Mijając piątą ulicę, wyglądającą
o dziwo troszkę inaczej od poprzednich, poczułam jak dech zapiera się w mojej
piersi. Było już grubo po dwudziestej pierwszej, potężny budynek, podpierany
dwoma, ogromnymi filarami, które zaś z kolei poprzedzały schody, wykonane z
marmuru, prowadzące do drzwi, wrót mogłabym rzec, ponieważ ich masywność dała
się dostrzec bezpośrednio, bez choćby jednego dotyku, mimo późnej pory i
ciemności, pokonywanej w niewielkiej mierze poprzez latarenki, ów pałac wzniesiony
w stylu starożytnych Greków, wyłapałam bezproblemowo. Nie dla tego, iż został oświetlony
wielkimi reflektorami, ale przez to, że do niego właśnie dążyłam. Stojąc naprzeciw
swoich marzeń miałam w głowie tysiące najróżniejszych scen, myśli wirowały, ze
sto na sekundę, wyobraźnia zadziałała, a ja sama byłam już pewna, po co tam
przyjechałam.
- Na sto procent zamykają dopiero
o dwudziestej drugiej? – zapytałam, kiedy poczułam za plecami obecność Samuela
i Catherine.
- Dwudziestej drugiej trzydzieści
– sprostowała dziewczyna.
- Masz jeszcze dwadzieścia minut,
jeśli jesteś tak dobra, jak mówiłyście, będą musieli cię przyjąć – brunet
starał się dodać mi otuchy, niepotrzebnie, znałam swoją wartość – z resztą,
potrzebują kogoś, czytałem ulotki – dodał po chwili milczenia, a ja spojrzałam
na niego z uśmiechem.
- No to idę – westchnęłam.
- Powodzenia – mruknęła pokrzepiająco
Cat.
Słyszałam kawałek ich rozmowy.
Mówili o mnie, kiedy odchodziłam, szeptali, jednak nie tym się przejęłam. W
całym swoim życiu nie stoczyłam jeszcze tak porządnej bójki z myślami. Nie
chciałam tego stresu, nie chciałam niepewności i szczerze mówiąc nie wzięłam ich
nawet pod uwagę, ale wtedy całość zrzuciła się na mnie tak nagle, tak od razu.
Ale to przecież ja chciałam w pierwszej kolejności odbyć rozmowę kwalifikacyjną.
Obiecałam sobie, iż nie ważne o jakiej porze dnia, czy nocy ona się odbędzie,
musiałam zrobić to jak najszybciej, bo hej, inaczej nie byłabym sobą – Britanią
Hitchcock. Silną, niezależną kobietą. Właśnie takie myśli towarzyszyły mi
podczas pokonywania kolejnych stopni, a gdy pchnęłam bramę, zamarłam. Poczułam
drażniący nozdrza zapach środków czyszczących, mieszający się z nutką drogich
perfum. Oślepiło mnie światło, odbijające się od prawie każdej strony. Górowały
tam ciepłe kolory oraz złocenia, co kawałek odznaczały się drzwiczki z
przeróżnymi tabliczkami, jednak moją uwagę przykuło wejście podobne wielkością
i kształtem do tego głównego. Rzecz jasna była to aula przewodnia, z której dochodziły
odgłosy roześmianych kobiet – sprzątaczek. Następnym, na czym zawiesiłam wzrok
okazała się ściana usłana portretami. Z wrodzonej ciekawości podeszłam, aby
przeczytać przypisy. Skupiłam się natychmiast na jednej osobistości - Pani o
wdzięcznym nazwisku Thinck. Okazała się ona bowiem aktualną właścicielką
teatru. U dołu spostrzegłam także informację, iż córka ów kobiety – Lara Thinck także specjalizuje się w sztuce
aktorskiej i to na nią zapisany jest cały budynek. Przez myśl przebiegło mi
stanie się taką Larą. Posiadanie rzeczonego dziedzictwa, jednak bujanie w
obłokach przerwał dość nieprzyjemny, chropowaty głos.
- Zgubiłaś się panienko? Za
chwilę zamykamy – obróciłam się gwałtownie mało nie trącąc obrazu. Przede mną
stał mężczyzna, nie był stary, ale zapewne czterdziestkę miał już za sobą. Jego
pomarszczoną, zmęczoną twarz ozdobił szelmowski uśmieszek, a całą sylwetkę
podparł na miotle, którą trzymał w dłoni.
- Niekoniecznie, szukam Pani
Vivien Thinck – odparłam zgodnie z prawdą.
- Och, to może być problem –
zagwizdał znacząco, na co zmarszczyłam brwi i już chciał coś powiedzieć, kiedy
obok stanęła pulchna, niewysoka kobieta w fartuchu.
- Lucy, znów ludzi straszysz,
wracaj do piekieł skądś przyszedł – skarciła mężczyznę, a ja nerwowo
zachichotałam – proszę słoneczko, czego potrzebujesz – następnie zwróciła się
do mnie z rozpromienionym wyrazem twarzy.
- Właściwie to szukam Pani Thinck
– powtórzyłam się omotując wzrokiem obie sylwetki.
- Przykro mi, ale wyszła jakieś
dwie godziny temu. Zastaniesz ją dopiero w sobotę z rana – mruknęła ze
zmartwioną miną. Przytakując w odpowiedzi pożegnałam się z, jak się później
okazało z Vanessą i Lucyferem, po czym wyszłam. Nie zdążyłam skomentować
niczego nawet w głowie, kiedy telefon zadzwonił. Pomijając fakt, że połowę
popołudnia i prawie cały wieczór był podłączony do ładowarki, a i tak zdychał,
odebrałam, widząc na wyświetlaczu dobrze znany numer.
- Postradałaś zmysły?! Gdzie
jesteś?! Nie waż się rozłączyć gówniaro! – to była Sharon, którą szał
zawładnął. Najwidoczniej już wiedzieli.
***
- Jak można być takim idiotą?! – wrzasnął Liam
zrzucając z siebie koszulkę. Następnie położył ją za ziemi z nadzieją, że choć
odrobina wody wsiąknie w tkaninę – nie stój jak kołek, tylko przynieś ręczniki.
- Nie drzyj się na mnie! – Zayn
także powoli tracił rozum. Owszem, przyjaciel miał prawo być zły. Poprosił go
tylko o popilnowanie mieszkania, w zamian za to, że obiecał przyjąć Malika pod
swój dach na czas remontu, który przeprowadzano w jego domu. Jednak nie
przemyślał tego. W głowie muzyka by się nie pomieściło, że w czasie, gdy on
wyskoczy na papierosa, może dwa, cała łazienka, wraz z salonem, a tym samym
kuchnią wręcz utoną. Dobrze, zasiedział się, zaczął czytać jakiś artykuł w telefonie,
zapominając o wannie, mimo to nie chciał, aby Liam traktował go jak dziecko.
- A ty możesz krzyczeć? – Payne
zmierzył wzrokiem podłogę i tym samym swoje stopy, które prawie po kostki
taplały się w mieszance wody z kurzem. Brunet nic nie odpowiedział. Przez
kolejne pięć minut wpatrywali się w swoje oczy. Nie wytrzymali. Oboje
roześmiali się gromko rozbrygując niechciany płyn dookoła – tyś głupi jest –
mężczyzna jeszcze raz zironizował inteligencję kolegi, po czym obił lekko swoją
otwartą dłoń o tył jego szyi.
- Jezusie – Zayn pokręcił
przecząco głową.
- Jezus ci mieszkania nie
podaruje. Myśl co robić – oboje wpadli w zamysł. Jedynym co przyszło do głowy
Liama było zatelefonowanie do Harry’ego, ponieważ on jako jedyny z całej piątki
posiadał dom na obrzeżach miasta, który byłby w stanie pomieścić co najmniej siedem
osób.
- Módl się, aby Styles znał litość – zwrócił się do
przyjaciela. Może i mieli pieniędzy niczym lodu, jednak nie chcieli wydawać ich
na kolejną posiadłość w Anglii. Takie rozwiązanie, przynajmniej zdaniem Liama,
okazało się najsensowniejsze. Cóż, nici z
relaksu – pomyślał.
***
Dzisiejszy rozdział jest tak spóźniony, jak bardzo to możliwe, a wszystko przez brak chęci do blogspota. Nie miałam w ogóle ochoty tu wpadać z przemęczenia. Bywałam raz na ruski rok, aby przezytać rozdziały i nawet ich nie skomentować. Styczność z internetem mam tylko przez komórkę, a i tak rozchodzi się wyłącznie o tt. Najbardziej przepraszam Tess., której widzę dłuuuuuuuugaśny komentarz. Echm, serio, jestem wrakiem człowieka. Jedyne co mnie pociesza to Karlotte i może zła Blanche, ale mniejsza ;) Dodatkowo zmieniłam tytuł, bo ten bardziej mi pasował. Muszę jeszcze zdradzić, iż rozdział został całkiem przekręcony. RYLY on miał wyglądać zupełnie inaczej, ale tak też może być.
No i sprawy organizacyjne na sam koniec.
Wpadłam na pomysł, aby rozdziały dodawać co dwa tygodnie, a co piątek, bądź sobotę mały spoiler, taki, jak ten poprzedni, co wy na to? Dodatkowo muszę skrupulatniej komentować, bo mnie za to znienawidzicie, huh? Przepraszam jeszcze raz i zapraszam do komentowania. Nawet małe "czytam" się liczy. Kocham każdego czytelnika i jeszcze nie skończyłam...
Chodzi o film, który ostatnio zmontowałam. Lubicie takie relacje? Macie na ich temat jakieś zdanie?