wtorek, 29 kwietnia 2014

Sprawa jest prosta...

Posłuchajcie moi kochani. Wiem, że miałam tego nie robić, ale nie potrafię pisać dalej tej historii. Może kiedyś, jednak teraz przerzuciłam się na coś bardziej anaturalnego. Mam nadzieję, że i tam mnie nie opuścicie. Jestem w pełni świadoma, iż większość z Was mogła nawet serialu nie oglądać, ale uwierzcie, moja pisanina od tego odbiega, a świat przedstawię jeszcze raz, skrótowo. Także ten, zapraszam na bloga o Teen Wolf, który będzie pierwszym od pół roku, którego dokończę. Proszę więc bardzo... 
[nie opuśćcie mnie, błagam, błagam ;-;] 
   Życie w Beacon Hills wreszcie nabiera normalnego tempa, po długim, męczącym roku szkolnym nadchodzi pora na chwile wytchnienia podczas wakacji. Ale czy na pewno? 
Bezpieczeństwo mieszkańców miasteczka po raz kolejny staje pod znakiem zapytania, znajdując się w rękach Scotta, Stilesa, Alison oraz Lydii. Jak poradzą sobie z następnym, anaturalnym przewinieniem? 
   A wszystko zaczęło się od śmierci pani Mulligan, przyjaciółki Melisy z lat studiów. Czy pojawienie się Laury - jej córki - w Beacon Hills coś zmieni? Jak ludzie zareagują na kolejne, trudne dziecko w domu McCallów i czy Laura wywoła tylko - wyłącznie dodatkowe szepty wśród starszych pań? 

To historia o szczenięcej miłości, poświęceniu, prawdziwej przyjaźni, sile więzów rodzinnych. 
Ma na celu zainteresowanie, ewentualne wzruszenie czytelnika. Należy jednak pamiętać, iż nic nie tworzy się bez przyczyny i najkrótsza bajeczka niesie swoje przesłanie. 

"Wiecie, co jest naprawdę kiczowate? Szczęśliwe zakończenia. Poważnie. Takie, jak wtedy kiedy oglądam film, i jakaś odważna, zdeterminowana dziewczyna w końcu uwodzi głównego bohatera. I tak od dwóch godzin wiedziałam, że go zdobędzie. Po prostu mam ochotę wydrapać jej oczy. Prawdziwe życie jest potwornie zakręcone i skomplikowane. Nie ma żadnego zakończenia." 
Ps: Jestem tam na innym koncie!

środa, 2 kwietnia 2014

Rozdział II "Było - minęło"

*Rozdział dedykowany jest Asiek1323*
Chyba każdy z nas miał kiedyś osobę, której mógł zwierzyć się ze wszystkiego, dzielił z nią wszelkie sekrety, bawił w najróżniejsze zabawy… Co poranek budził się z uśmiechem na ustach, pochłaniał śniadanie i żegnając rodzinę wyparowywał z domu na czas nieokreślony, zatracając się w beztrosce z ów postacią, a później, wracał po zmroku, aby opowiedzieć z wypiekami na twarzy przygody całego dnia, jednak i tak, przynajmniej połowę zostawiał dla siebie. To piękne, idealny obrazek książkowego dzieciaka znikąd, cieszącego się rzeczywistością, wypatrzoną przez różowe okulary.
 Lecz nie łudźmy się. Los jest złośliwy i zwykł  rzucać kłody pod nogi wszystkich, rozweselonych ludzi, aby przypadkiem nie egzystowali w nieświadomości licznych problemów. Do czego zmierzam? Skoro każdy miał przyjaciela, każdy przyjaciela musiał stracić, a powody tego mogły być najróżniejsze, często najbardziej absurdalne. Przeważnie to czas płatał figle, umykając jednej z bliskich osób, nie pozwalając tym samym na praktycznie bezustanne spotkania, jeszcze gdzie indziej zainteresowania wchodziły w grę, popychając nie tam gdzie trzeba to jednego, to drugiego, zdarzały się również plotki, ploteczki, rozpuszczane przez zazdrosne tło, bądź w ostateczności siły wyższe, w domyśle rodzice, osoby starsze odciągające od siebie rzeczonych przyjaciół, zmieniając miejsce zamieszkania, zabraniając kontaktów. I co niewinne dziecko miało począć w takiej sytuacji? Gdyby było choć trochę starsze, znalazłoby jakiekolwiek rozwiązanie, ale nie, nie było.
Dokładnie, miałyśmy tylko dziesięć lat, a w tamtym momencie ona najzwyczajniej stała w drzwiach mojego pokoju, lustrując badawczym spojrzeniem sylwetkę. Także omotałam blondynkę wzrokiem i doszłam do wniosku, że te rysy poznałabym wszędzie. Zadarty nosek, łagodny wyraz twarzy i ciemne, niczym węgielki oczy skryte za wachlarzem gęstych rzęs. Zmieniła się, wyładniała, zeszczuplała, ale nadal widziałam w niej moją i tylko moją przyjaciółkę, która opuściła Glasgow wraz z ojcem, pod pretekstem nowej pracy zdobytej przez mężczyznę.
- Catherine – odezwałam się po krótkiej chwili milczenia – Catherine Ventura – powtórzyłam podnosząc się z łóżka. Dziewczyna zamrugała szybkiej, najwyraźniej nie skojarzyła mojej osoby, a szkoda.
- Przepraszam, ty jesteś? – chrypnęła, gdyż jej głos charakteryzował się  delikatną chrypką.
- Bree – odparłam, ukazując rządek białych zębów w uśmiechu – Britania Hitchcock.
Nastolatka zmarszczyła brwi, po czym otworzyła oczy szerzej ze zdziwienia, jej usta także zatańczyły malowniczo w górze, podczas gdy rozum szukał najsensowniejszej wypowiedzi. Koniec końców nie widziałyśmy się ogrom czasu.
- Nie wierzę – wydukała wreszcie – Boże, Bree, ja cię nie pozn… - roześmiała się dźwięcznie – chodź tu do mnie kochana… Ale, że jak?! Boże – ja także parsknęłam pod nosem i wtuliłam się w dawną przyjaciółkę. To prawda, również nie wiedziałam co powiedzieć, ponieważ sytuacja była cholernie skomplikowana. Owszem, miałyśmy wspólny język, trzymałyśmy sztamę, ale w podstawówce. Minęło prawie osiem lat. Wiele spraw musiałam sobie poukładać, jednak w głębi duszy naprawdę cieszyłam się, że nie będę całkiem sama w wielkim Londynie.
- Ja też nie, co ty tu robisz?! – zapytałam odsuwając się od niej na kilka centymetrów – przecież…
- Jejku, mamy tyle do nadrobienia… Ale najpierw, uch – gubiła się we własnych słowach – Sammy! – krzyknęła, na co zmarszczyłam czoło.
- Musisz koniecznie kogoś poznać – dodała. To było zbyt dziwne, ale Cat od zawsze właśnie tak się zachowywała, gdy czuła dyskomfort. Emocje zrzucała na pierwszy plan, dawała ponieść się chwilom, przecież była artystką, mogłam jej to wybaczyć, ponieważ ona znosiła moje humorki. I właśnie w tamtym momencie zrozumiałam, że mimo długiego czasu rozłąki, mogłam na nią liczyć, wciąż była moją „siostrą”, małym kotem, z którym dzieliłam tysiące pięknych wspomnień. Przez dosłownie kilka sekund udało mi się wyrzucić z głowy wszelkie zmartwienia, przede wszystkim stan pomieszczenia, rodzinę, bezsilność, zastąpiłam je Catherine oraz Samuelem, ciemnowłosym, niskim chłopakiem, uśmiechającym się do nas radośnie następnymi czasy.
***
Ludzie są różni i różnie się dzielą. Na tych ładnych, mniej urodziwych, mądrych, niekoniecznie błyszczących inteligencją, porządnych, roztrzepanych, odpowiedzialnych, złych, dobrych… Każdy ma swoją drogę, swój cel w życiu do którego dąży, a gdy już go osiąga spoczywa na laurach, oddychając z ulgą. Gorzej gdy ów celu nie da się dopiąć, gdy jakiś złośliwy element, ni w cholerę, nie pasuje, a całkowitą porażkę można okrzyknąć w chwili, kiedy okazuję się, że nieodpowiednim kawałkiem układanki jest osoba, którą kocha się nad życie.
Radosne promyki słońca wpadały do niewielkiego pomieszczenia na parterze domku jednorodzinnego, stojącego na osiedlu w Glasgow teoretycznie od zawsze. Nie różnił się on niczym szczególnym od innych mieszkań tego skrawka miasta, podobnie jak reszta był jednopiętrow0y, obsmarowany białą farbą. Od chodnika oddzielał go tylko ogródek, w którym swoją drogą przeważnie panował tak zwany „artystyczny nieład”. Na szczycie budynku, dumnie prezentowała się czerwona dachówka, taka sama, jak dachówka sąsiadów, sąsiadów sąsiadów, czy sąsiadów sąsiadów sąsiadów.
 Lecz coś czyniło ten dom niezwykłym i nie mowa tu o nowocześnie wyposażonej kuchni, bądź zupełnie przeciwnie odnowionym salonie, który jedna z córek właścicielki zwykła nazywać skansenem. To właśnie rodzina, tak szczególna, jak żadna w okolicy, a mieszkali tam nawet potencjalni łowcy duchów o idealnie pasującym nazwisku Winchester. Na pozór kochające się małżeństwo, z trójką córek nie wzbudzało żadnych  podejrzeń. A jednak. Penelope trzymała garstkę trupów w szafie… To za ich sprawą Sharon wyjechała, pod pretekstem miłości, do stolicy, aby tam zostać wykładowcą na Akademii Sztuk Pięknych, to za ich sprawą Anabell stroniła od dzieciaków w swoim wieku, to za ich sprawą Britania podążyła szlakiem marzeń. Kobieta musiała żyć więc z faktem, iż ulepiła je na swój własny wzór, wpoiła w geny niezależność, determinację, chęć walki do upadłego.
- Duncan! – zawołała opadając na krzesło. W jednej dłoni trzymała świstek papieru, a drugą podpierała czoło – Duncan, ko jasnej cholery, chodź tu! – powtórzyła krzyk, a głos zaczął już drgać. Jednak zaszklone oczy okazały się niczym w porównaniu do ogromu emocji, splecionych w sercu pani Hitchcock, nijak odzwierciedlały te wielkie zaskoczenie, przerażenie, zawód.
- Pali się, czy co? – wysoki, postawny mężczyzna, z czupryną półsiwych włosów stanął przed nią, owijając się szczelniej ręcznikiem. Ton żony tak go zdezorientował, że z czystej ciekawości wyszedł spod prysznica, aby zbadać sytuację. Owszem, z natury była histeryczką, jednak dawno nie słyszał w jej głosie tylu sprzecznych emocji. Zgadza się, Duncan zajmował się psychologią, pedagogiką i po prostu widział, kiedy grała.
- Czytaj – podała w rękę bruneta kartkę, a ten unosząc jedną brew postanowił zbadać tekst wzrokiem, bez zbędnych protestów. Wolał uniknąć kłótni z Peny w takim stanie – na głos – warknęła po chwili przeczesując palcami tłuste włosy.
- Drodzy rodzice – zaczął niewyraźnie – wiem jak ciężko wam pogodzić się z myślą, że ktoś, komu podarowaliście życie opuszcza dom, widziałam ból w waszych oczach, gdy to Sharon odchodziła. Obiecałam sobie, iż  ja zostanę u waszych boków, lecz zawsze jest zbyt mocnym określeniem. Dziś muszę złamać przysięgę i rozwinąć skrzydła. Nie szukajcie mnie, jestem w Londynie, spełniam marzenia, mam nadzieję, że zrozumiecie i nigdy o mnie nie zapomnicie. Może zadzwonię, ale nic nie jest pewne. Zaręczam, iż wrócę ze żniwem swej ciężkiej pracy, teraz robię coś co kocham, a wy nie możecie mi tego zabronić. Już nie wasza, Britania – mężczyzna pod wpływem emocji także usiadł drąc papier na kawałki.
- To się nie wydarzyło – powiedział spokojnie, a żona spojrzała na niego, jakby postradał zmysły.
- Dun, ale o czym ty mówisz? – Penelope pociągnęła nosem mierząc rozmówcę pytającym spojrzeniem.
- Britania uciekła, nie odeszła, a my musimy ją znaleźć – odetchnął ciężko.
- Ale jak?! – kobieta poczuła ukłucie smutku, które napędziło frustrację. Już kolejne dziecko wyfrunęło z jej gniazda przedwcześnie.
- Podaj telefon – wskazał na komórkę, która leżała kilka centymetrów od jej ręki.
- Ale po co?
- Peny, doprawdy jesteś aż tak głupia?! – wrzasnął po czym sam zabrał urządzenie wykręcając odpowiedni numer.
- Wyłączyła telefon, idioto! – aż wstała zerkając na niego z góry. Była zła, nie, była wściekła.
- Ciiii – ułożył palec na ustach, po czym jak oparzony zaczął mówić, gdy ktoś podniósł słuchawkę – Sharon, z tej strony tata.
***
Czas płynie nieubłagalnie szybko i każdy dobrze o tym wie, ciężko go dogonić, a jeszcze ciężej odzyskać. Jednak mnie się udało. Nawet jeśli nie w pełni, zdobyłam szansę, mogłam nadrobić każdą, straconą chwilę. Postanowiłam więc odnowić całkowicie relacje z przyjaciółką. Koniec końców wszystko powoli się zmieniało, podobnie nasze zainteresowania, plany. Dodatkowo udało mi się poznać kolejną, nadzwyczaj ciekawą osobę. O tak, uwielbiałam zawierać nowe znajomości, uwielbiałam bratać się z ludźmi, uważałam, iż każdy miał w sobie coś szczególnego, co wyciągało go z egzystencji „szarego pożeracza chleba”.
 Sammy ewidentnie do takowych nie należał. Zwiedzając przy okazji główne ulice dzielnicy, w której zamieszkałam, poznałam historię jego życia, dzieciństwo, niełatwe, zagmatwane, dowiedziałam się, że uciekł z domu dziecka. Po prostu ukrywał się w czeluściach opuszczonego pokoiku. Dopiero gdy osiągnął pełnoletność, zabrał się za pracę w warsztacie samochodowym, tam poznając Catherine, która z początku jedynie dla oleju do swojego Camaro z odzysku odwiedzała „Śrubkę”.  Jako jedyna z naszej trójki miała prawko, Benson jeździł przecież nielegalnie, a ja nawet nie domagałam się auta. Wystarczył mi motor, na który i tak wsiadłam z cztery, może pięć razy w życiu, sama, a prześcigała mnie nawet Anna na rowerku z bocznymi kółkami. Może to dziwne, ale nie próbowałam jechać z kimś, bałam się, że kształtny tyłek, z którego na dobrą sprawę byłam dumna, może troszeczkę przeszkadzać. Koniec końców Sam uświadomił mnie w fakcie, iż zaplecze jeszcze nigdy nie grało głównej roli w kwestii motoryzacji, a moje jest wręcz proporcjonalne, na co Cat postanowiła udowodnić, że zjadła wszystkie rozumy. Och, to nie była kłótnia, to była tylko zażarta konwersacja, z której żadne z nich wyjść cało nie powinno, a mnie jakoś dziwnie ów sytuacja bawiła. 
- Przestań, wiem, że toniesz w moich oczach – mrugnął do niej, na co blondynka prychnęła pod nosem. To prawda, miał piękne, niebieskie oczy, skrywające cały jego ból. Maskował się niedokładnie, gdyż one wyrażały więcej niż tysiąc słów, gierek. Nie zasłonił ich, niczym luster, które okazały się przysłowiowym zwierciadłem duszy.
- Wiem, że robisz to samo – odparła z uśmiechem – cóż poradzić, twe słowa giną w ogniu mojego ideału – dodała poprawiając włosy. Jakiś mężczyzna spojrzał na nią z góry, a Sammy roześmiał się w odpowiedzi, co mnie również zmusiło do niewielkiego napadu radości. W rodzinnym mieście nie przejęłabym się opinią publiczną, przecież jakąś miałam już wyrobioną, ale tam, w nowym miejscu, w stolicy musiałam pokazywać się od jak najlepszej strony, aby „nie zginąć”.
Mijając piątą ulicę, wyglądającą o dziwo troszkę inaczej od poprzednich, poczułam jak dech zapiera się w mojej piersi. Było już grubo po dwudziestej pierwszej, potężny budynek, podpierany dwoma, ogromnymi filarami, które zaś z kolei poprzedzały schody, wykonane z marmuru, prowadzące do drzwi, wrót mogłabym rzec, ponieważ ich masywność dała się dostrzec bezpośrednio, bez choćby jednego dotyku, mimo późnej pory i ciemności, pokonywanej w niewielkiej mierze poprzez latarenki, ów pałac wzniesiony w stylu starożytnych Greków, wyłapałam bezproblemowo. Nie dla tego, iż został oświetlony wielkimi reflektorami, ale przez to, że do niego właśnie dążyłam. Stojąc naprzeciw swoich marzeń miałam w głowie tysiące najróżniejszych scen, myśli wirowały, ze sto na sekundę, wyobraźnia zadziałała, a ja sama byłam już pewna, po co tam przyjechałam.
- Na sto procent zamykają dopiero o dwudziestej drugiej? – zapytałam, kiedy poczułam za plecami obecność Samuela i Catherine.
- Dwudziestej drugiej trzydzieści – sprostowała dziewczyna.
- Masz jeszcze dwadzieścia minut, jeśli jesteś tak dobra, jak mówiłyście, będą musieli cię przyjąć – brunet starał się dodać mi otuchy, niepotrzebnie, znałam swoją wartość – z resztą, potrzebują kogoś, czytałem ulotki – dodał po chwili milczenia, a ja spojrzałam na niego z uśmiechem.
- No to idę – westchnęłam.
- Powodzenia – mruknęła pokrzepiająco Cat.
Słyszałam kawałek ich rozmowy. Mówili o mnie, kiedy odchodziłam, szeptali, jednak nie tym się przejęłam. W całym swoim życiu nie stoczyłam jeszcze tak porządnej bójki z myślami. Nie chciałam tego stresu, nie chciałam niepewności i szczerze mówiąc nie wzięłam ich nawet pod uwagę, ale wtedy całość zrzuciła się na mnie tak nagle, tak od razu. Ale to przecież ja chciałam w pierwszej kolejności odbyć rozmowę kwalifikacyjną. Obiecałam sobie, iż nie ważne o jakiej porze dnia, czy nocy ona się odbędzie, musiałam zrobić to jak najszybciej, bo hej, inaczej nie byłabym sobą – Britanią Hitchcock. Silną, niezależną kobietą. Właśnie takie myśli towarzyszyły mi podczas pokonywania kolejnych stopni, a gdy pchnęłam bramę, zamarłam. Poczułam drażniący nozdrza zapach środków czyszczących, mieszający się z nutką drogich perfum. Oślepiło mnie światło, odbijające się od prawie każdej strony. Górowały tam ciepłe kolory oraz złocenia, co kawałek odznaczały się drzwiczki z przeróżnymi tabliczkami, jednak moją uwagę przykuło wejście podobne wielkością i kształtem do tego głównego. Rzecz jasna była to aula przewodnia, z której dochodziły odgłosy roześmianych kobiet – sprzątaczek. Następnym, na czym zawiesiłam wzrok okazała się ściana usłana portretami. Z wrodzonej ciekawości podeszłam, aby przeczytać przypisy. Skupiłam się natychmiast na jednej osobistości - Pani o wdzięcznym nazwisku Thinck. Okazała się ona bowiem aktualną właścicielką teatru. U dołu spostrzegłam także informację, iż córka ów kobiety –  Lara Thinck także specjalizuje się w sztuce aktorskiej i to na nią zapisany jest cały budynek. Przez myśl przebiegło mi stanie się taką Larą. Posiadanie rzeczonego dziedzictwa, jednak bujanie w obłokach przerwał dość nieprzyjemny, chropowaty głos.
- Zgubiłaś się panienko? Za chwilę zamykamy – obróciłam się gwałtownie mało nie trącąc obrazu. Przede mną stał mężczyzna, nie był stary, ale zapewne czterdziestkę miał już za sobą. Jego pomarszczoną, zmęczoną twarz ozdobił szelmowski uśmieszek, a całą sylwetkę podparł na miotle, którą trzymał w dłoni.
- Niekoniecznie, szukam Pani Vivien Thinck – odparłam zgodnie z prawdą.
- Och, to może być problem – zagwizdał znacząco, na co zmarszczyłam brwi i już chciał coś powiedzieć, kiedy obok stanęła pulchna, niewysoka kobieta w fartuchu.
- Lucy, znów ludzi straszysz, wracaj do piekieł skądś przyszedł – skarciła mężczyznę, a ja nerwowo zachichotałam – proszę słoneczko, czego potrzebujesz – następnie zwróciła się do mnie z rozpromienionym wyrazem twarzy.
- Właściwie to szukam Pani Thinck – powtórzyłam się omotując wzrokiem obie sylwetki.
- Przykro mi, ale wyszła jakieś dwie godziny temu. Zastaniesz ją dopiero w sobotę z rana – mruknęła ze zmartwioną miną. Przytakując w odpowiedzi pożegnałam się z, jak się później okazało z Vanessą i Lucyferem, po czym wyszłam. Nie zdążyłam skomentować niczego nawet w głowie, kiedy telefon zadzwonił. Pomijając fakt, że połowę popołudnia i prawie cały wieczór był podłączony do ładowarki, a i tak zdychał, odebrałam, widząc na wyświetlaczu dobrze znany numer.
- Postradałaś zmysły?! Gdzie jesteś?! Nie waż się rozłączyć gówniaro! – to była Sharon, którą szał zawładnął. Najwidoczniej już wiedzieli.
***
 - Jak można być takim idiotą?! – wrzasnął Liam zrzucając z siebie koszulkę. Następnie położył ją za ziemi z nadzieją, że choć odrobina wody wsiąknie w tkaninę – nie stój jak kołek, tylko przynieś ręczniki.
- Nie drzyj się na mnie! – Zayn także powoli tracił rozum. Owszem, przyjaciel miał prawo być zły. Poprosił go tylko o popilnowanie mieszkania, w zamian za to, że obiecał przyjąć Malika pod swój dach na czas remontu, który przeprowadzano w jego domu. Jednak nie przemyślał tego. W głowie muzyka by się nie pomieściło, że w czasie, gdy on wyskoczy na papierosa, może dwa, cała łazienka, wraz z salonem, a tym samym kuchnią wręcz utoną. Dobrze, zasiedział się, zaczął czytać jakiś artykuł w telefonie, zapominając o wannie, mimo to nie chciał, aby Liam traktował go jak dziecko.
- A ty możesz krzyczeć? – Payne zmierzył wzrokiem podłogę i tym samym swoje stopy, które prawie po kostki taplały się w mieszance wody z kurzem. Brunet nic nie odpowiedział. Przez kolejne pięć minut wpatrywali się w swoje oczy. Nie wytrzymali. Oboje roześmiali się gromko rozbrygując niechciany płyn dookoła – tyś głupi jest – mężczyzna jeszcze raz zironizował inteligencję kolegi, po czym obił lekko swoją otwartą dłoń o tył jego szyi.
- Jezusie – Zayn pokręcił przecząco głową.
- Jezus ci mieszkania nie podaruje. Myśl co robić – oboje wpadli w zamysł. Jedynym co przyszło do głowy Liama było zatelefonowanie do Harry’ego, ponieważ on jako jedyny z całej piątki posiadał dom na obrzeżach miasta, który byłby w stanie pomieścić co najmniej siedem osób.
- Módl się, aby Styles znał litość – zwrócił się do przyjaciela. Może i mieli pieniędzy niczym lodu, jednak nie chcieli wydawać ich na kolejną posiadłość w Anglii. Takie rozwiązanie, przynajmniej zdaniem Liama, okazało się najsensowniejsze. Cóż, nici z relaksu – pomyślał.
***
Dzisiejszy rozdział jest tak spóźniony, jak bardzo to możliwe, a wszystko przez brak chęci do blogspota. Nie miałam w ogóle ochoty tu wpadać z przemęczenia. Bywałam raz na ruski rok, aby przezytać rozdziały i nawet ich nie skomentować. Styczność z internetem mam tylko przez komórkę, a i tak rozchodzi się wyłącznie o tt. Najbardziej przepraszam Tess., której widzę dłuuuuuuuugaśny komentarz. Echm, serio, jestem wrakiem człowieka. Jedyne co mnie pociesza to Karlotte i może zła Blanche, ale mniejsza ;) Dodatkowo zmieniłam tytuł, bo ten bardziej mi pasował. Muszę jeszcze zdradzić, iż rozdział został całkiem przekręcony. RYLY on miał wyglądać zupełnie inaczej, ale tak też może być. 
No i sprawy organizacyjne na sam koniec.
Wpadłam na pomysł, aby rozdziały dodawać co dwa tygodnie, a co piątek, bądź sobotę mały spoiler, taki, jak ten poprzedni, co wy na to? Dodatkowo muszę skrupulatniej komentować, bo mnie za to znienawidzicie, huh? Przepraszam jeszcze raz i zapraszam do komentowania. Nawet małe "czytam" się liczy. Kocham każdego czytelnika i jeszcze nie skończyłam...
Chodzi o film, który ostatnio zmontowałam. Lubicie takie relacje? Macie na ich temat jakieś zdanie? 

Tak, teraz skończyłam.
Wasza @YourLittleBoo1

Meneenene